El mercado de Atarazanas, czyli gdzie robić zakupy w Maladze i gdzie zobaczyć wszystkie morskie stwory #Malaga2018

16:03 oh rainy day 2 Comments

Malagijski food market, jest najbardziej kolorowym, gwarnym i pachnącym miejscem w mieście. Co do tego ostatniego Blanka by się pewnie kłóciła, bo z części rybnej chciała uciekać jak najprędzej. Była to zarazem najciekawsza i najbardziej egzotyczna dla mnie część rynku, bowiem ilość owoców morza, różniastych krewetek i srebrnych, błyszczących sardynek była powalająca.


Market podzielony jest na kilka stref: warzywno-owocową, mięsną, rybną i bary w których można kupić tapas i napić się piwa lub robionych na miejscu koktajli owocowych. Raj? Jest zasada, że nie wolno samemu niczego dotykać, wszystko podaje sprzedawca. Gotowe do jedzenia mięsiste i rozpływające się w ustach (najlepsze jakie jadłam) mango, dziesiątki rodzajów oliwek, migdałów... Sprzedawcy oczywiście ostro zachęcają do próbowania, czego nie można odmówić. Ja wyszłam z targu najedzona oliwkami i solonymi migdałami wciśniętymi w dojrzałe, lekko ususzone figi. Obłęd. Wyszliśmy stamtąd z pudełeczkami pełnymi migdałów, fig i oliwek, smoothie z mango i marakui, słodkimi truskawkami i na spróbowanie wziętym przez Blankę smoczym owocem, który okazał się  być interesujący jedynie z wyglądu. Taka to natura sprawiedliwa - piękny ale bez smaku.

El mercado de Atarazanas - taka jest nazwa najsłynniejszego targu w Maladze, nie od początku swojego istnienia było miejscem na handel. Ponoć za czasów panowania muzułmańskiego w Maladze woda docierała aż do murów budynku i ten pełnił rolę stoczni, w której naprawiano i budowano wojskowe statki. Jedyna pozostałością z tamtego czasu jest wielka marmurowa brama. W drugiej połowie XIX wieku przekształcono go w halę targową, która swoją ówczesną formę zyskała dekadę temu.

Cały budynek to wysoka konstrukcja z podporami z kutego żelaza. Z drugiej strony, nad tylnym wejściem, znajduje się widowiskowy witraż, który ilustruje morski charakter miasta.

Ciężko było się przeciskać w tłumie z aparatem, no ale też ciężko było robić zdjęcia w momencie kiedy chciało się próbować wszystkiego po kolei. Oto nasza krótka relacja.
























2 komentarze:

  1. Od samych kolorów kręci się w głowie.Rozumiem, że nie trzeba PS na takie efekty.Wszystko Olympusem?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wszystko Olympusem, w PS małe poprawki, ale bez filtrów. Natura dodała swoje ;)

      Usuń