Rejs kamaratanem... yyy... katamaranem na Costa del Sol #Malaga2018

22:50 oh rainy day 1 Comments

Nie wiem jak to się dzieje, ale czasami niesamowicie ogromna chęć zrobienia lub zobaczenia czegoś, całkowicie przesłania nam jeden podstawowy problem. Chcemy podziwiać widoki z 58 piętra wieżowca, a mamy lęk wysokości. Albo zobaczyć delfiny w oceanie, a właściwie, to się boimy wody i nigdy nie nurkowaliśmy. Wtedy po czasie pukamy się w głowę ale czasami jest już za późno.



Co gorsza, pakujemy się w te wszystkie atrakcje całkowicie zaślepieni, podjarani i na fazie. I tym sposobem w ogrodzie botanicznym wlazłam ażurową drabinką pod samą szklana kopułę szklarni, żeby sobie pobyć w gęstwinie pięknych, egzotycznych roślin. Pisałam ostatnio, że uwielbiam ogrody botaniczne, a szklarnie to w ogóle są najpiękniejsze. Oprócz tego, że jak najszybciej chciałam stamtąd schodzić, nie pamiętam niczego, ani za bardzo nic nie widziałam, bo przymykałam oczy. Podobna sytuacja wydarzyła się na promie, gdzie szukając drogi na górny pokład trzeba było wyjść po schodach zewnętrznych, a ja z trzęsącymi się nogami i zamkniętymi oczami cofałam się już z czwartego schodka. To samo było na diabelskim młynie, który sama wepchnęłam w nasze atrakcje w czasie 1 pobytu w Maladze. Tym razem nie było już możliwości ucieczki, a ja przypomniałam sobie o swojej przypadłości, jak wznieśliśmy się 2 metry nad ziemię. Przed nami było kolejne 68 metrów i tak trzy razy wznosiliśmy się i opadaliśmy, a ja jedyne co chciałam, to rozpłaszczyć się na podłodze wagonika, żeby w ogóle nic nie widzieć.




Tym razem, atrakcje na wysokościach zostały wykluczone z wakacyjnego repertuaru. Miało być bezstresowo, bez płaczu i nerwów, bez zgrzytania zębami i zimnego potu. Aż drugiego dnia, spacerując promenadą zaczepiła nas pani i uśmiechając się radośnie mówiła, że katamaran, że relaks, że godzina, półtorej albo i trzy. A ja sobie myślałam, że chyba jednak słońce musiałoby mnie mocno przygrzać, żeby ta kombinacja słów zaczęła mi do siebie pasować. 



Po niecałych 30 minutach wchodziliśmy na katamaran, ja na lekko ugiętych nogach, ale z taką szczęśliwą Blanką, że nie pamiętam kiedy ją taką widziałam. Blanka mówiła, że ten KAMARATAN jest najlepszy w życiu i woli go zamiast lalki, którą miała sobie kupić 'na pamiątkę' ;)  Chwilę później mi samej zaczęła się cieszyć paszcza, bo okazało się że faktycznie relaks i że szkoda, że tylko przez jedną godzinę. Na chwilę tylko zaświtała mi w głowie myśl, że jest tak pięknie, jak w tych wszystkich filmach katastroficznych na początku. A później albo piraci, albo zmutowane rekiny ludojady, albo w najlepszym wypadku sztorm. Albo góra lodowa. Po wypowiedzeniu przeze mnie tych obaw, Kuba mnie ochrzanił (nie wiem czy sam się wystraszył, czy mu ręce opadły, prawdopodobnie to drugie), że jestem kompletnie nienormalna. 


















Trafiliśmy na prawie pusty katamaran. Z garstką ludzi i na rozciągniętych siatkach między dwoma kadłubami można było się rozłożyć jak się chciało, a z zimnym piwem i pluskającą delikatnie wodą okazało się, że podjęliśmy najlepszą decyzję. I istotnie to był relaks. Nawiązując do ostatniego wpisu o nieustannie śpiewającej Blance, i tym razem była piosenka. A raczej śpiewające wyznanie umiłowania do jej tu i teraz, że "to jest dopiero życie, mamo!". Cudownie było patrzeć na Nią, taką szczęśliwą i zachwyconą. W drodze powrotnej widzieliśmy delfiny, a kilka dni później powtórzyliśmy ten relaks na kolejnym rejsie, tym razem nie godzinnym, a półtoragodzinnym.











Nie było ani piratów, ani sztormu ani rekinów.
Ufff.
Jest za to milion milion zdjęć.







1 komentarz:

  1. Blanka ma rację, to jest życie, które biegnie niestety zbyt szybko.

    OdpowiedzUsuń