Lato którego nie było i (nie)obowiązkowe summer essentials + plaża w Howth ukryta między klifami.

10:24 oh rainy day 2 Comments

Cześć wszystkim, nazywam się Magda. Od sześciu lat żyję w kraju, w którym istnieją dwie pory roku. Chociaż po ostatnim ( → KLIK) to może nawet i trzy? Powiedzieć Wam jak to jest?


W marcu zaczyna się pranie mózgów, że może - nie, wróć - że na pewno w tym roku będzie. Że się uda. Że BĘDZIE LATO. 
Że te wszystkie stroje kąpielowe, klapeczki, japoneczki i sandałeczki, przezroczyste sukieneczki, dekolty, mini i crop topy, że to wszystko trzeba mieć. Bo idzie lato. BĘDZIE lato. A przypominam, że gdzie by nie mieszkał na wyspie, to pewnie maksymalnie 1,5 godziny potrzeba by znaleźć się nad morzem, na plaży.

I zaczyna się. Z wieszaków znikają przezroczyste sukieneczki, dekolty, mini i crop topy. Na półkach zostają sandałki w rozmiarze 35 lub 42. W maju nie ma już połowy letniego asortymentu. W czerwcu zostaje resztka. Kobiecy sandał rozmiar 42! Strój kąpielowy majtki XXL tańszy o 50% bo brakuje góry!
Koszmar, dramat!
Co my teraz zrobimy?!
A lato już puka, już za rogiem stoi.

Przychodzi lipiec. Dzieciarnia (bo wiadomo, że to dla dzieci a nie dla nas, dorosłych, poważnych ludzi) obkupiona w te wszystkie dmuchane flamingi, donuty i gigantyczne kawałki pizzy. Ręczniki plażowe w liście palmy, frędzle i te w kształcie syrenich ogonów czekają w pogotowiu. Kosze piknikowe, przenośne grille, hamaki, nowe wypasione wiaderka i kolejny odjazdowy zestaw foremek do piasku też. Stary już piwo chłodzi, żeby schłodzone było porządnie a nie byle jak. W lodówce teraz mamy cały karton 12 butelek browca. Lato bez piwa się nie liczy, kurde no. Teraz tylko marchewki muszą się kisić razem z pietruszką, porami, słoikiem kiszonych ogórków i sałatą masłową w jednym pojemniku zamiast dwóch. Trudno. Nie ma o co kopi kruszyć.

Połowa lipca.
Ups.
Nie bądźmy tacy niecierpliwi. To przecież 1/4 wakacji. 1/4 lata. 3/4 przed nami.
To dużo. Oddychamy głęboko, liczymy do 10.
Albo do 100.

Początek sierpnia.
Nosz kurde. Obiecywali przecież!
Pliska, no chociaż połowa, tak sprawiedliwie będzie. 50/50. Co nie?
Chociaż na bank holiday, to tylko poniedziałek, pliss!
Okazyjnie kupujemy duże opakowanie samoopalacza w odcieniu "naturalna opalenizna".

Połowa sierpnia.
Hurra!
Met Eirean podało, że 20 stopni na termometrze w środę. W środę! To nie mogło chociaż w sobotę? Albo niedzielę? Urlop teraz trzeba brać. Pff... no ale DWADZIEŚCIA STOPNI! Nie ma już co się kłócić o ten jeden dodatkowy dzień wolnego, trza brać. Brać i zapierdzielać na te plaże. Z dmuchanym flamingiem, donutem albo i pizzą. W klapeczkach jak ktoś zdążył kupić swój rozmiar a jak nie to i boso obleci. Z bajeranckim ręcznikiem w kształcie syreniego ogona i koniecznie z chłodzonymi napojami. Coś nas przecież musi schładzać w te upały, co nie?
D W A D Z I E Ś C I A   S T O P N I!
No, panie. W tej Irlandii to nawet całkiem znośnie jest, żadne tam fłertawentury czy inne majorki. 

W środę szturmem na plażę. Zaraz z samego rana, bo miejsca braknie. Dzieciory galopem do lodowatego morza, pływają jak na tej majorce. Jak Boga kocham, tu nawet jakby piękniej niż tam. W pięknym kraju przyszło nam żyć...

W czwartek pieką ramiona, głowa boli, a do roboty trza wrócić. Jak życ?
W sumie to i dobrze, deszcz leje co chwilę, nie można przecież przesadzać z tym latem.
W tym tygodniu.

Piątek 15 stopni, deszcz/wiatr/słońce/deszcz/słońce/wiatr.
Sobota 16, ale już bez słońca.
Niedziela to samo co w piątek.
Poniedziałek to samo co w niedzielę.

Koniec sierpnia.
Książki do szkoły wypadałoby zamówić dzieciom, uniformy szkolne, bo z tamtego roku jakieś przykrótkie. W sumie to tyle załatwiania, że nie starczyłoby czasu na to lato, plażę, smażing & leżing. A flaming i tak ma dziurę i mu powietrze ucieka. 

Wrzesień.
Wrzesień to nie lato, dobra? No, więc bez takich mi tu. Nie ma i już.
PO CO O TYM ROZMAWIAĆ?
Przyszła najdłuższa pora roku w Irlandii. Witamy cię o szanowna Jesieni. Witamy, witamy, nikt nie tęsknił ale każdy się przyzwyczaił, pożegnamy Cię w marcu. Wtedy w Penneys* znowu pojawi się nowa kolekcja strojów kąpielowych, klapeczek, japoneczek, sandałeczków, przezroczystych sukieneczek, dekoltów, mini i crop topów, dmuchanych materaców w nowych dziwacznych kształtach (I wszystkie będą z metką Summer Essentials. Serio? Przecież nasze summer essentials to sztormiak i kalosze?).
Wtedy przywitamy wiosnę, która taką twoją łagodniejszą siostrą jest. Trwa zazwyczaj do września właśnie.
Kurde.

Tak. Się. Żyje. 

Najciekawszą rzeczą jest to, że gdy wychodzi słońce a prognozy faktycznie wróżą temperatury w okolicach 20 stopni, Irlandczycy dostają narodowego pierdolca. Wszyscy się rozbierają. WSZYSCY. To nic, że wiatr zimny wieje. Słońce jest, owszem, ale te 18 stopni to w słońcu a właśnie chmury naszły. Wyciągane są japonki, dziewczynki w sukienkach na ramiączkach, chłopcy w krótkich spodenkach i t-shirtach. W sumie to nawet nie wiem czy im zimno jest czy nie. Oni się cieszą. Panuje jakaś narodowa euforia, "bo przyszło lato" i to nic że na jeden dzień. Dzieci porozbierane ganiają od rana do nocy. Dorośli to samo. I tak jak pisałam o zimowym, irlandzkim szoku tu → KLIK, że w radiu ostrzegali przed jazdą samochodem, bo Ci co jeżdżą, to na pewno Polacy, Czasi i Słowacy, tak i teraz wypadałoby ostrzegać wszystkie inne narodowości, żeby nie sugerowały się wyglądem Irlandczyków w okresie maj - sierpień. Bo dla śmiechu trochę pisałam z tym czekaniem na lato i plażowanie. Owszem, oni też czekają na te ekstremalne temperatury, ale nie odpuszczają i przy 15 stopniach. Pora roku zobowiązuje, choćby z nazwy. Wystarczy że nie pada, sru na plażę. Jakiś pomysł mają na to lato, nie? 



Ostatni weekend, a zaznaczam że mamy jeszcze kwiecień, termometry oszalały, ludzie oszaleli. Myśmy oszaleli. Cały tydzień, a zwłaszcza jego końcówka była jak dar niebios. Słońce, w granicach 20 stopni. Zrobiło się mega ciepło, wiatr nawet jakby zapomniał wiać. Sami się rozbieraliśmy do krótkich rękawów. Kuba z Blanką w ogóle ściągnęli koszulki na plaży. Tego się nie spodziewaliśmy.
Dzisiaj zdjęcia z tego dnia. Droga na plażę i sama plaża w Howth. malutka, kamienista i osłonięta od wiatru. Gdy fale rozbijają się o brzeg, to tak, jakby ktoś obracał w dłoniach szklane kulki. Niebo jest bez chmur. Tylko przelatujące samoloty zostawiają rozpływające się smugi chmur na tych 10 tysiącach metrów nad nami. Mewy skrzeczą i centralnie przed nami pojawiają się jakby znikąd statki, które już za parę chwil wpłyną do portu w Dublinie.
Nie lubię upałów, nie znoszę jak ubranie klei mi się do ciała. Wtedy najchętniej siedziałabym przed chłodzącym mnie wiatrakiem. Ale taka pogoda w Irlandii, te 20 - 25 stopni byłoby spełnieniem marzeń. I nie znam ani jednej osoby, która narzekałaby na taką rzeczywistość. Obawiam się tylko, że turystów przybyłoby na wyspę tyle, że Ryanair musiałby zakupić więcej samolotów.
W tym ciepłym tonie, załączam jeszcze piosenkę, która już w nazwie ma jakieś 30 stopni na plusie ;) tu → KLIK.



















* W kraju, gdzie żyje ponad 120 tysięcy polaków, nazwać sklep Penneys** to jak pozwolić obcemu śmiać się z siebie samego. Nikogo innego to oczywiście nie śmieszy, tylko polaków. Bo my chodzimy do penisa, peniska czy jak tam już te zdrobnienia sobie dopasujemy do naszych własnych fantazji słowotwórczych. I chociaż drzemy przysłowiowego łacha, to i tak wszyscy tam kupują, choćby skarpety i majtki. Bo tanio, a kto by tam płacił 20 euro za markowe skarpety skoro i tak ich nikt inny nie zobaczy. No przecież. 

** Tak tak, wiem. Wiem, że ten sklep istnieje od 1969 roku, czyli naszych tu jeszcze nie było. Ale dziwnym trafem w Wlk. Brytanii funkcjonuje pod nazwa Primark. A to już przecież brzmi poważniej. Nieprawdaż? 

2 komentarze:

  1. Lubię Twoje poczucie humoru, a foty jak z Lazurowego wybrzeża :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. zdarza się i Lazurowe wybrzeże w tej Irlandii, ale bardzo rzadko, żebyśmy się nie przyzwyczaili ;)

      Usuń