Glencar Waterfall, czyli jedziemy na ten słynny wodospad.

23:43 oh rainy day 1 Comments

Wycieczkę na wild wild west Irlandii, planowaliśmy... wróć - nie planowaliśmy prawie w ogóle. Zawsze wydawało mi się że to daleko, żal było urlopu na takie niepewne przygody. A niepewność na wyspie tyczy się pogody. Bardziej pewnym można być tego, że wszystkie te cuda natury podziwiać będziemy zza szyby samochodu. Więc wycieczki planujemy z wyprzedzeniem jednodniowym, a najlepiej kiedy wstaniemy rano, rozeznamy się w pogodzie i ruszamy tam, gdzie najładniej i nie pada. Met Éireann - główny irlandzki serwis meteorologiczny to chyba najbardziej rzetelna strona pogodowa. Na niej sprawdzamy co w trawie piszczy i wtedy ruszamy. Polecam. Zaznaczam, że wszystkie te długoterminowe pogody na interiach, onetach i innych takich to jak wróżenie z fusów. Tu tego nie ma. Jest za to 3 dniowa i moim zdaniem o dwa dni za długa ;)



Tym razem, dzień wcześniej miało być ładnie, w dzień wycieczki ładnie miało być dopiero po 13, a wyszło jak zwykle. Chociaż i takie deszczowe wycieczki mają swój urok. Napełniając termos herbatą z sokiem malinowym ruszyliśmy na zachód. 
Kiedy ledwo wyjeżdżając z miasta spotkaliśmy się ze ścianą deszczu, ale tak naprawdę ŚCIANĄ, to stwierdziliśmy, że nic nam nie straszne, dzień wolny i tak zaklepany, a i ostatecznie wszystkie nasze buty są nieprzemakalne. Siedzenie w domu z netflixem jest miłe, owszem ale ile można. 

Pierwszym naszym punktem jest Wodospad Glencar. Chyba najpopularniejszy wodospad w hrabstwie Leitrim. Docieramy tu z Dublina po około 2 godzinach i 40 minutach. Droga prowadzi nas przez hrabstwa Meath, Cavan, przez chwile zahaczamy nawet o północnoirlandzkie hrabstwo Fermanagh i wjeżdżamy w Leitrim. Tu, zatrzymujemy się przy urokliwym jeziorze polodowcowym Glencar Lake, parę kroków, słyszymy szum potoku, czyli że to już? Już tuż tuż, ale przed ucztą dla ducha, uczta dla brzucha ;) Polecana w internecie mini kawiarenka okazuje się obowiązkowym przystankiem dla wszystkich odwiedzających to miejsce. To w rzeczywistości kontener, specjalnie zaaranżowany na visitors center Glencar Teashed - tak nazywa się to miejsce. Jedliśmy tutaj wspaniałe scony (wypiekane na miejscu) z - uwaga - bitą śmietaną i dżemem a do tego polane były białą czekoladą. Obłęd. Tona cukru ale co tam, nie takie rzeczy się jadło ;) Tu zaopatrzymy się też w całą masę ulotek informacyjnych o regionie, skorzystamy z toalet a to w całodniowych wycieczkach (z dziećmi zwłaszcza) stały punkt programu.





W lecie i bez deszczu musi tu być mega przyjemnie. Przesuwne oszklone ściany kontenera otwierają się na widoki, a wierzcie mi, jest co podziwiać. Jezioro po drugiej stronie ulicy, wznoszące się dookoła niego góry i szum potoku. Miodzio. Mamy też do dyspozycji na świeżym powietrzu stoliki i krzesła, plac zabaw i masę ogrodzonego od ulicy miejsca dla gości. Warto i polecam. My tu wrócimy na pewno.




Ale wróćmy do atrakcji numer jeden. Wodospad. Trzeba zaznaczyć, że w momencie naszego przyjazdu deszcz przestał padać - taka niespodzianka. Jednak ostatnie dni były obfite w deszcz, o czym świadczy rwący potok ponad którym przechodzimy. Woda szumi i pluska. Udając się w górę, tuż za kawiarnią po kilku krokach dostrzegamy cel naszej wycieczki. Świetnie przygotowane miejsce dla turystów, ścieżki, schodki i poręcze, ale wszystko nie nachalnie, bez niszczenia dzikiego charakteru tego miejsca. 15 metrowy wodospad może i nie jest Niagarą, ale w otoczeniu takiej soczystej zieleni, oblepiającej wilgoci i plątaniny drzew (jeszcze bez liści), bluszczy i chodników z różnistych mchów jest magicznie. Tak bardzo po Irlandzku, a wodospad po deszczowych tygodniach zaprezentował się z całą swoją mocą. Było super głośno i super pięknie. Ścieżka prowadzi nas wyżej wodospadu, dalej przez zieloną alejkę z wszystkimi odcieniami zieleni i sprowadza na dół, do punktu początkowego przy kawiarni.











Wyjeżdżając na główna drogę, jezioro i unoszące się nad nim wzgórza mamy jak na dłoni, taki pocztówkowy widok. Zatrzymujemy się na zdjęcia co chwilę. Ciężko odpuścić, tu jest tak pięknie. Okazuje się, że wodospadów jest jeszcze kilka, wypływających jakby z chmur, czyli znikąd. Te niskie chmury liżące szczyty gór to jakaś magia. Nie jakaś - irlandzka.  




1 komentarz:

  1. Jest się czym zachwycać, ale powtarzanie tego jest już nudne.

    OdpowiedzUsuń