#BeastFromTheEast, czyli dlaczego w Irlandii nie powinno być zimy.

01:46 oh rainy day 2 Comments

Zima, która niespodziewanie nadciągnęła nad Irlandię narobiła więcej spustoszenia, niż ktokolwiek mógłby się spodziewać. Jestem tylko ciekawa, jak by to wszystko wyglądało, gdyby zamiast trzech dni, trwała cały miesiąc.


Zapowiadany tydzień temu śnieg i kolejny w tym roku sztorm - tym razem o łagodnie brzmiącym imieniu Emma, przyszedł do nas o czasie, nie spóźnił się (spóźniła, bo Emma?) ani o jeden dzień. Przyciągnął ze sobą również śnieg, który jest dosłownie rarytasem na zielonej. Na wyspie ze śniegu cieszą się tylko dzieci lub Ci, którzy nie przeżyli ani jednej zimy w Irlandii. W innym wypadku, na słowo ŚNIEG/ZIMA/SZTORM półki w sklepach pustoszeją, off license są ogołocone z alkoholu, a drogi posypywane są piaskiem z wyprzedzeniem kilkudniowym. I o tyle, ile robienie zapasów to - owszem, świetny pomysł, sypanie piaskiem zdaje się na nic. 

Niestety jak się okazuje, piasek jest jedyną bronią w walce z bestią ze wschodu - jak pięknie nazwano wędrującą zimę nad wyspy brytyjskie. 

Żeby wiedzieć dlaczego zima w Irlandii to paraliż w czystej postaci i powrót do Średniowiecza, trzeba poznać tą zwyczajną. Temperatura nie spada poniżej zera. Więc opcja śnieg jest wyłączona. Bałwany i śnieżki dzieci znają z "Krainy lodu" a na sankach mogłyby zjeżdżać ewentualnie jak Kevin - po schodach z piętra na parter. (W tym momencie pozdrawiam mojego tata, z którym przyszło mi zjeżdżać właśnie po schodach i to wcale nie w domu, tylko w wielkim, zaśnieżonym parku. Do teraz nie wiem czemu akurat schody.)
Święta jak już kiedyś wspominałam rozkręcają się po Halloween, a kończą w pierwszym tygodniu nowego roku. Wtedy wszyscy na hurra wywożą uschnięte lub nie choinki i tym samym witają się z kurczakami i czekoladowymi jajami.

Luty to miesiąc żonkili. Trawniki pokrywają się żółtymi dywanami. Jest obłędnie. To niesamowite, bo w tym samym momencie Wy jesteście przysypani śniegiem, a my zrzucamy czapki i rękawiczki, szukając czegoś lżejszego. Aaa bym zapomniała najważniejszego! 1 luty, to pierwszy dzień wiosny na zielonej wyspie. Nie żartuję. To dzień wspomnienia świętej Brygidy, patronki Irlandii. Brygida była opiekunką prac na roli i rolników. Na ten dzień dzieci uczą się uroczystych piosenek o św. Brygidzie, która przynosi wyczekaną wiosnę, budzi roślinność do życia, zachęca ptaki do wiosennych treli i błogosławi pracującym na roli. W tym roku Blanka rozśpiewywała się o Brygidzie po angielsku i po irlandzku, śpiewała głośno i dużo i... nic to nie dało. 

Zima przełomu 2017/2018 mam wrażenie trwa już jakies sto lat. Zaczęło się głośnym i paraliżującym huraganem w połowie października i od tego momentu zimowe kurtki są w użyciu. To dość niespodziewane, bo raz w miesiącu od tego październikowego (już wiem! Huragan Ophelia się nazywał. Też pięknie, prawda?) uderzenia, mieliśmy jakieś niespodziewane BUM.

I tak np w styczniu, też mniej więcej w połowie, jednego wieczoru spadły 2 cm śniegu, autobusy przestały jeździć, tramwaje miały olbrzymie kłopoty i opóźnienia, to samo pociągi. Sytuacja utrzymywała się przez dwa dni, a to wszystko za sprawą może 3 - 4 godzin ze śniegiem. 
I przysięgam, że nie pamiętam w którą zimę w Irlandii wychodziłam z domu w czapce. Bo tej zimy, mam ją na głowie codziennie. Jest po prostu zimno. Raz na dwa tygodnie jest na termometrze -2 (to znaczy zajebiście zimno). Świeci słońce ale daje tylko złudną nadzieję na cieplejszy dzień.

Krótki luty, byle do marca. Musi być lepiej. Tak myślą chyba wszyscy, no bo jak nie "wiosenny" luty, to marzec już musowo, nie? 
A no nie.

Ostatniego dnia lutego w środę, budzimy się z niedowierzaniem co się dzieje za oknem. Dzieje się dużo, a będzie jeszcze więcej. W nocy zaczął sypać śnieg, na tyle intensywnie, żeby sparaliżować ruch na drogach, zablokować obwodnicę Dublina, która nawet w swojej idealnej formie jest okrzyknięta największym parkingiem miasta z racji wiecznego korku, kolizji, wypadków, uciążliwych cross winds. Wiadomość z pracy, że dzisiaj no way, ale odwołujemy wszystko, zostajemy w domu. Narodowa stacja meteorologiczna ogłasza red alert i to nie na parę godzin, a do piątku do godziny 16.
Wspaniale.

Szkoły i uniwersytety zostają zamknięte, sklepy wysyłają pracowników szybciej do domu, biura w ogóle się nie otwierają. A wszyscy w panice szturmują sklepy i robią zapasy. Zapasy na wszystko. Największą popularnością cieszy się chleb (?!) ale znikają też bekon i alkohol. Później znika wszystko co można zjeść.
Memów o "Survival kit" na irlandzką zimę są nieskończone ilości. Wszyscy na początku się śmieją, ale w momencie gdy śnieg pada coraz mocniej, przestaje nam być wesoło. Irlandia po prostu nie radzi sobie z zimą. Nie ma sprzętu, nie ma wiedzy o tym co robić jeśli już zima przyjdzie, nie ma ludzi do takiej pracy, nie ma nic.
A przepraszam - jest piasek.

Dodatkowym minusem (tragedią?) jest fakt, że domy nie są przystosowane do takich temperatur. Nie chcę myśleć o zamarzających rurach z wodą, a przerwy w dostawie prądu, gdy wszystko w domach pracuje dzięki niemu są jak wizja końca świata. I tak się dzieje. Dzielnice obok nas i trzy miasteczka (o tych nam wiadomo) zostają bez prądu na kilkanaście godzin. Sygnalizacja świetlna nie działa. A na ulicach w związku z ogłoszonym czerwonym alarmem pogodowym nie ma prawie nikogo. Służb do odśnieżania i 'ratowania sytuacji' również. 
No to co się z nami stanie?

A no nic. Bo jeśli sami sobie nie pomożemy, nikt nam nie pomoże. Irlandia w środę zostaje odcięta od reszty świata. Ruch lotniczy zostaje wstrzymany. Promy nie pływają. Innej drogi nie ma.
Teraz w piąty dzień zimy, dubliński port podaje, że z 600 akrów powierzchni lotniska, zgarnięto 400,000 ton śniegu i lodu. No ok, ale co z transportem drogowym? Mam wrażenie, że miasto czeka aż śnieg stopi się sam. W radiu dostajemy informacje, że autobusy jeżdżą na większości głównych ulic, tramwaje rzadziej niż zwykle, ale też tylko jedna nitka prowadząca na południe i to nie do końcowej stacji. Szok. Jest niedziela, śnieg przestał padać w nocy z piątku na sobotę. Od soboty rana, red alert odwołany. Czyli, że ktoś coś w końcu zrobi z tym bajzlem?
A no nie.

Ulica. Dwa pasy w jedną i dwa pasy w drugą stronę. Kierowcy sami ogarniają ruch wahadłowy, bo jedna strona i pół drugiej jest jedną wielką zaspą śniegu. Tak wygląda w czwartek, później w piątek i nawet w sobotę. Nie wiem jak było dzisiaj, bo nosa z domu nie wychyliłyśmy. 
Ulica. Dwa pasy w jedną, pas zieleni (zieleni :D) dwa pasy w drugą stronę. Jedna strona przypomina tor na zawodach dla samochodów terenowych. Góra dół góra dół. Taka sinusoida. Nikt tego nie rusza. Kierowcy rozjeżdżają wspomniany pas zieleni, żeby w ogóle przejechać dalej.

Panie jeżu, czy to się dzieje naprawdę? Mieszkamy w stolicy, w kraju rozwiniętym, w XXI wieku. Kraju, który zmienia się nie do poznania, jest sparaliżowany po trzydniowych opadach śniegu. Przenosimy się do średniowiecza. Rady płynące z tv i radia to pozostać w domu, uważać i najlepsza: nie sugerować się jeżdżącymi po ulicach autami, bo to na pewno Polacy, Czesi lub Słowacy, którzy znają TAKIE zimy i wiedzą jak poruszać się po drogach w TAKICH EKSTREMALNYCH warunkach. Chciałoby się powiedzieć - serio ku***?

O tyle ile w sobotę było 0 stopni, to dzisiaj w niedzielę mamy już 5 stopni na plusie i regularny deszcz. Drogi przy wybrzeżu wyglądają jak po przejściu tornada. Ulice z roztopionym miejscami śniegiem giną pod wodą. Na ulicach kamienie, gałęzie, śmieci. Ktoś coś próbuje zmienić, ale jakby nie bardzo, bo ciągle jest jak było. Czyli tak jakby... XV wiek?

Dzisiaj. Niedziela wieczór, dostaję wiadomość od szefowej, że w poniedziałek biuro zamknięte, bo jest tyyyle śniegu, że nikt sobie z nim nie radzi. NIKT SOBIE NIE RADZI.
Poniedziałek, to szósty dzień w domu, BO MAMY ŚNIEG. Nigdy więcej nie powiem, że chciałabym mieć w zimie śnieg.
Nigdy.

A teraz żeby nie być gołosłownym, nasze STRASZNE śniegi. Pierwszy w życiu bałwan Blanki. Auto w zimowej scenerii i śniegowe chmury. Było zajebiście pięknie, ale takim kosztem, że napiszę tylko ZIMO IĆ. I NIE WRACAJ. 
































2 komentarze:

  1. Straszno i śmiesznie, szczególnie z tymi Polakami co jeżdżą- o zgrozo po śniegu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No, najodważniejsi z wszystkich, medal za odwagę! Dobrze, że to koniec atrakcji ;)

      Usuń