Malaga • część pierwsza i duuużo zdjęć!

13:26 oh rainy day 2 Comments

Jadąc w całkiem nowe miejsce, zawsze się do tego przygotowuje. Trochę czytam, najciekawsze dla mnie rzeczy zapisuję. Mniej więcej rozeznaję się planie miasta. Szukam punktów charakterystycznych. W internecie można zrobić sobie wstępny spacer z opcją street view. Wtedy wiemy czy warto, czy nie. I wierzcie mi, jak zobaczycie coś wirtualnie, wcale nie osłabi to waszego zachwytu już na miejscu. Ja tak miałam nie raz, a dodatkowo, to uczucie, że dotarliście zgodnie z planem tez daje satysfakcje ;) Za to było kilka rzeczy, o których nie czytałam w sieci, a bardzo zaskoczyły mnie na miejscu. 


To był na przykład piasek. Był tak mega hiper gorący, że zejście na plażę i dojście z wszystkimi manatkami na bosaka było niemożliwe. Japonki są niezbędne, no chyba że potraficie latać. 
Woda w morzu. Tak słona, że jak się już wyschnie a później zapomni o tym i nagle się oblizujemy, to jakbyśmy oblizywali, ale solone chipsy. Dlatego prysznice przy plaży do opłukiwania się były naprawdę zbawienne. Zbawienne też dlatego, że chłodził a było diabelnie gorąco.
Kolejna rzecz, bar przy plaży. Kuba poszedł po dwa drinki. Barman naprawdę nie rozumiał nic. Powoli, na migi, pokazując na rękach i z kiwaniem głową, pan podał mojito i piwo. Serio? Ale że serio?!
Zasłonięte okna. W południe, niemal wszystkie okna są szczelnie pozasłaniane, albo roletami, które zasłaniają okno i balustradę balkonu albo drewnianymi okiennicami. Miasto wygląda tak, jakby wszyscy pouciekali. Nie ma się co dziwić, upał jest nieznośny. A od 11 do 15 to piekiełko.


Parkingi. W mieście nigdy nie zostawiliśmy auta ot tak przy ulicy. Parkingów w mieście jest mnóstwo, w samym centrum, przy mega popularnych miejscach zwłaszcza. Mniejsze, większe, ale głównie podziemne. I wtedy, gdy parkujemy tym naszym klimatyzowanym autem w takim parkingu i otwieramy drzwi, to upalne powietrze powala nas już w pierwszej sekundzie, pot oblewa w drugiej a w trzeciej zastanawiamy czy może nie wrócić do środka z powrotem. Ta sytuacja ciągle się powtarza. Może w styczniu będzie tu chłodniej. Może. Parkingi oczywiście są płatne, ale tańsze niż tu u nas w Dublinie. 






Wszystkie punkty 'must see' są widoczne jak na dłoni. Przepiękna Katedra (Santa Iglesia Catedral Basílica de la Encarnación) jest tutaj najwyższym budynkiem i góruje nad miastem. Wzniesiona między XVI a XVIII wiekiem, nieukończona, bo powstała tylko jedna z dwóch planowanych wież (na poniższym zdjęciu widać to bardzo dobrze) nazywana jest przez Hiszpanów "La Manquita" czyli jednoręka dama. Pieszczotliwie, co? Co więcej, miasto zabrania stawiania wyższych budynków, niż katedra. Renesansowa budowla jest perełką Malagi.











Różnicę wysokości, jaka dzieli kościół od innych budynków w mieście bardzo dobrze widać z kolejnej atrakcji Malagi. To zupełnie inna beczka, chociaż jedno jest to samo - jest wysoko. Mowa o Mirador Princess - kole widokowym, które stoi sobie i błyszczy białymi wagonikami na tle niebieskiego nieba, tuż przy porcie. To tak jakby "Malaga Eye" ;) Od katedry dzieli je może 5 minut drogi, idziemy w upale, co chwilę spryskując się wodą. Blanka widzi koło i skacze z zachwytu że już, teraz chce tam wejść, bo jest super. Kuba kupuje bilety, Blanka wykrzykuje swoje standardowe "jeeej" i zaczyna się. Przysięgam, tak diabelnie, piekielnie gorącego dnia jak wtedy, jeszcze nie doświadczyliśmy w czasie naszych wakacji. Było upalnie, że języki wisiały na brodzie, ale to co działo się tego dnia, było jak siódmy krąg piekielny. Szczęśliwie dostrzegam klimatyzatory na każdym wagoniku. Myślę uff, nie zginiemy, zdjęcia zrobimy, film nagramy. Jak bardzo się pomyliłam! Klima była jakaś nieruchawa, można śmiało powiedzieć, że coś tu nie hulało jak powinno. Zakupiony przed 5 minutami przez Blankę wachlarz idzie w ruch, chociaż tylko młóci to rozgrzane powietrze. Razem z zakochaną parą w drugim wagoniku i resztą zupełnie puściutkich, ruszamy. Myślę walić ten upał, będzie extra. No i maszyna ruszyła, wznieśliśmy się powoli bo ja wiem, na wysokość 2 piętra i przypomniałam sobie, że przecież ja mam lęk wysokości! Znaczy lęk wysokości mi o sobie przypomniał. Ja zaczęłam panikować, jeszcze trochę i miałam siadać na podłodze między ławkami, żeby mniej widzieć. Ostatecznie, po kilku wdechach, zaczęłam robić foty i patrzeć głównie przed siebie a nie w dół. (Nie patrz w dół! W dół nie patrz!) Później jakby komuś było mało, zatrzymaliśmy się na dobrą minutę na samej górze. W tym momencie można już było mdleć. Nie ściemniam, mi było słabo. Z wysokości, z gorąca, zmęczenia. To świetne miejsce i na pewno warto zobaczyć Malagę z trochę innej perspektywy.















Miasto jest przepiękne, mnóstwo jasnych, kolorowych kamienic z pięknymi okiennicami. Między nimi rozwieszone płachty materiału, które domyślam się mają dawać cień w upalne, słoneczne dni. Co rusz, gwarne place, pełne tłocznych restauracji i tapas barów. Na ulicach co rusz drzewa cytrusowe, albo takie z pięknymi kolorowymi kwiatami lub wysokie, dostojne palmy. Plaza del Carbón, to jedno z tych tłocznych kolorowych miejsc.












Miasto ma jeszcze jedną wspaniałą rzecz, którą inne miasta powinny zgapić bez skrupułów. To mnogość barów/restauracji na dachu. My lokujemy się własnie w takim jednym, niestety na samej górze jesteśmy jedynie przez chwilę (upał). Na parterze jest przyjemny chłód, jedzenie smaczne a sangria pysznie orzeźwiająca. Piętra pomiędzy restauracją a dachem to hostel. Lokalizacja rewelacyjna. Wszystko w nowoczesnym, prostym ale fajnym stylu. I kelnerzy mówiący super po angielsku. A nazywają się Dulces Dreams Boutique Hostel & Café Gallery, tu KLIK namiary. To ten budynek na zdjęciu poniżej z pomarańczową elewacją.










2 komentarze: