Mieszkaliśmy w domku pasterskim na cytrusowej farmie. Nasze Andaluzyjskie wakacje!

18:27 oh rainy day 1 Comments


Wyprawa do przepięknej Andaluzji gdzieś sobie tam siedziała w mojej głowie o jakiegoś czasu. Przypadkiem, wybierając wakacje w ciepłym miejscu i nie ukrywajmy - szukając tańszych biletów lotniczych, padło właśnie na Malagę. Razem z biletami szukaliśmy noclegu. Po długich poszukiwaniach, okazało się że booking ma resztki resztek, a do hotelowych molochów przy plaży nam nie prędko. Airbnb miał za to coś, co od razu wpadło nam w oko, a ja się zakochałam już po pierwszym przejrzeniu zdjęć. Wiecie jak to jest, chcesz znaleźć się w innym kraju i poczuć tą odmienność we wszystkim, a nie tylko wtedy gdy siedzimy na gorącej plaży. Chodzi o to, żeby nasz hotel/apartament czy cokolwiek wynajmiemy na ten czas, od razu nas przeniósł - tym razem w hiszpańskie klimaty.




Nasz domek, tradycyjna andaluzyjska pasterska chatka, znajdowała się 30 minut na północ od Malagi. Wyjazd z miasta i dotarcie do celu nie przysporzyło nam żadnych kłopotów, ale zdziwienie nasze było ogromne, gdy w końcu z głównej (dobrej chociaż diabelnie krętej) drogi zjechaliśmy na wąziutką, jeszcze bardziej krętą, z przepaścią z jednej strony i skałą z drugiej, dróżkę. Czy to na pewno ta droga? Panorama która rozpościerała się przed nami miała tylko kilka białych plamek, i to były domy. Reszta, to w różnych odcieniach, brązowo - brązowe plamy. I gdzie się nie obrócisz oliwne i cytrusowe drzewka. Dosłownie wszędzie. W nasze nowe miejsce zjeżdżało się drogą w dół i po kilku minutach, kilku zawałach, jednym mostku nad jedną rzeką, która kompletnie się poddała przy tych piekielnych upałach i całkowicie wyschła, dotarliśmy do miejsca wspaniałego, na (prawie) odludziu i (prawie) unplugged. Bez wifi, klimy i straganów z wszystkimi tymi potrzebnymi, ba! koniecznymi rzeczami dla turystów, które musisz mieć, by wakacje się udały.








Mieliśmy za to dookoła siebie farmę cytrusową i drzewa oliwne. Zaskoczeni? (suchar, wiem) Drzewka migdałowe, figi i granaty. Mogliśmy jeść do woli. Troszkę dalej pasły się cztery prześliczne koniki. Na wzgórzach, dzień w dzień pan i jego 300 dzwoniących dzwonkami kóz. Całymi dniami koncert cykad, a wczesnym rankiem gdy słońce dopiero wstawało i później gdy kładło się spać cudowny wietrzyk, który koił po upalnym dniu. Wiem, że brzmi jak bajka, ale tak właśnie tu było.










Żeby nie było nam za dobrze, było też kilka chwil grozy. Dla mnie zwłaszcza, która prędzej by się zabiła niż dostąpiła zaszczytu obcowania z ćmą. W naszym klimatycznym domku gościliśmy pewnej nocy jaszczurkę, którą to za kilka dni zaciupał nasz drugi lokator, kot Kiki (przy okazji - kotów nie znoszę). Zrobił to na moich oczach, zyskał uznanie i dostał nagrodę. Kot został nam przedstawiony już na samym początku. Nie byliśmy zbytnio zaskoczeni, bowiem recenzje na airbnb zawsze zawierały chociaż małą wzmiankę o kocie. Suzie gospodarz tego uroczego miejsca, pokazała nam wszystko. A do dyspozycji mieliśmy całe włości, bowiem druga chatka, bardzo podobna do naszej, była w tym czasie niezamieszkana.









Basen wspólny dla obydwu chatek okupywaliśmy tylko my, a Blanka siedziała tylko w wodzie z małymi przerwami na pogłaskanie kota i na kilka łyków dla orzeźwienia. To ona czekała na tego kota, jak na największą atrakcję wyjazdu. Kot okazał się dyrektorem tego przybytku do tego stopnia, że w nocy wskakiwał nam przez balkon do środka, demolując przy tym misternie zamykaną przez nas moskitierę (moskity, całe morze moskitów) i lokując się raz w nogach Blanki, a raz nad Kuby głową. Sypialnia mieściła duże łóżko dla nas i pojedyncze dla Blanki. Oba miały nad sobą zawieszone baldachimy (moskity, całe morze moskitów) z czego Blanka była wyjątkowo uradowana. Przestronny salon z aneksem kuchennym utrzymany był w mega fajnym klimacie. Posadzka z ozdobnymi kafelkami dodawała uroku. Kot tylko czekał, aż otworzymy wrota domku, żeby schłodzić się na zimnej posadzce. Przed domkiem, na 'tarasie' stała nasza jadalnia i leżaki. Gdy słońce wstawało, znajdowało się dokładnie naprzeciw naszej porannej, śniadaniowej miejscówki. Zaraz za chatką, schodkami w dół, za figowcem, mostkiem i drzewkami migdałowymi i schodkami na górę, na ich szczycie, znajduje się mały basen. Basen pod oliwką, bo tak go nazwaliśmy, okazał się najlepsza formą ochłody. Tu spędzaliśmy wieczory, a kiedy słońce chowało się za górę, w towarzystwie sangrii, przenosiliśmy się na nasze tarasy.
























Andalusian Shepherd Cottage znajduje się niedaleko pięknego miasteczka Almogía. Z bardzo charakterystyczna zabudową. Mowa o pueblos blanco - białych miastach. Miasteczka te, tak bardzo typowe dla Andaluzji, upchnięte na skałach można tu spotkać co kilkadziesiąt kilometrów. Z głównej drogi od strony Malagi, to właśnie Almogía jest pierwszą białą mieścinką, która widzimy. Miejsce z którego robimy zdjęcia z zachodzącym słońcem nad Almogíą jest wspaniałomyślnie zaaranżowane. Jest tu altanka, piękny murek, piękne płyteczki i w ogóle wszystko jest taaakie piękne. A jak będziecie się tak głośno ekscytować jak robiłam to ja, to pan który ma tam coś na kształt... działki? - tuż pod tym punktem widokowym, wyprowadzi konika! a wtedy wyciągajcie aparaty, bo zdjęcie sztos się szykuje. Przysięgam! Ale to zdjęcie pokaże Wam w innym poście.






Dzisiaj zdjęcia naszej andaluzyjskiej bazy. Namiary są tu - KLIK
Zdjęć środka domku nie mam. Dlaczego, to sama nie wiem, zwłaszcza, że było tak bardzo po ichniemu. Odnośnie zdjęć - to nie była pogoda na zdjęcia. Żar lał się z nieba, a jedynym ruchem który wykonywałam z wielką chęcią, żeby nie powiedzieć łapczywością - było naciskanie sprayu z wodą termalną, która dostarczała chociaż chwilowego uczucia chłodu i rześkości. Nie, jednak nie. To nie był chłód. A o rześkości w ogóle nie było mowy. Ja marzyłam o chłodzie i uwierzyłam że ta woda, to chłód. To chyba tak to było. Więc szczęście niepojęte, że coś tam na pamiątkę przywieźliśmy ;)










1 komentarz:

  1. Upału nie widać, na szczęście, ale urodę i klimaty tak. Niewidoczna cywilizacja czyni miejsce jeszcze przyjemniejszym.Pozazdrościć.

    OdpowiedzUsuń