Byl sobie tort

23:09 oh rainy day 0 Comments

Serwus jestem nerwus. To powinnam sobie powtórzyć ze dwa razy przed każdym wielkim wydarzeniem i przemyśleć wszystko kolejne dwa razy.
Bo nie zawsze to, że sobie to wszystko super wymyśliłam wystarczy. Tym razem tez nie wystarczyło. Wtopa nadeszła nieoczekiwanie i to z dwóch stron. Z siłą tornada. Całkiem nieprzewidywalna.
Tort (sprawdzony przepis) zaczęłam piec wieczorem, w piątek, po pracy. Chyba nic już nie muszę dodawać, bo jak tak wszystko było sprawdzone i obmyślone milion razy to musiało wyjsć. No więc nie musiało.
Ledwo stojąc na nogach wyciągnęłam ciasto z piekarnika. A sama przewróciłam się na łóżko z wysoką gorączką i bólem dosłownie każdego milimetra swojego ciała. Tego się nie spodziewałam, bo złapało tak nagle, że nie wiedziałam co się dzieje.
To nic myśle. Położę się na chwilę, ciasto wystygnie, przełożę kremem za godzinę, a ozdobie już jutro rano.
Wstałam, zobaczyłam ciasto i sobie dla oczyszczenia popłakałam. Taki zajebisty zakalec mi wyszedł jak nigdy. Nigdy. Kuba, przygotowany na burze z gradobiciem i piorunami, ze stoickim spokojem kazał mi wybrać ze zdjeć gotowy tort, że on go kupi i po sprawie. Ok, myśle. Wprawdzie biszkopt z dżemem to nie jest szczyt mojej fantazji. Za to lukrowany wierzch ze zwierzakami z filmu pokochają wszystkie dzieci. U mnie takiego nie miało być. A może powinien być od początku?
Przejdę odrazu do rana, bo o nocy nie ma co wspominać. Rano wyglądałam jak po wizycie w tropikach, kręciło mi się w głowie i zastanawiałam się czy aby napewno dzisiaj są te urodziny? Dzisiaj. Zebraliśmy się wszyscy, ja na prochach żeby jakoś żyć. Blanka piszcząca z radości bo to jej pierwsze urodziny outside z koleżankami i kolegami z klasy. No i jak można by to było opuścić? Ja, mama prawie 6-cio latki? 6 urodziny ma się raz w życiu.
Wszystko poszło jak należy. Po takich rewolucjach, musiało być już lepiej. I było cudownie. Blanka była zachwycona, goście dopisali i wspólna zabawa była pełna okrzyków radości. Tort okazał się nomen omen idealny, dzieci ucieszyły się na widok TAKIEGO ciasta. Zjadły go w mgnieniu oka, śpiewając wcześniej "Happy Birthday to You..."  aż łezka mi się w oku zakręciła. Blanka jak zwykle trzaskała miny, puchnąc z dumy że to wszystko tylko dla niej.
To był dobry czas. Pełen wrzasków, całusów przyjaciółek i wspólnych śpiewów.
I tym sposobem równowaga w przyrodzie została zachowana. 

Urodzinowa sesja, dopiero będzie. Cukierkowa, w kolorze pink, tak jak chciała sama Solenizantka. Za to dzisiaj, Jej Charakterek. 
100% moje dziecko.
Zawsze znajdzie się powód, żeby mieć focha. 
Nie pamiętam już o co był foch.
To się po prostu tak szybko zmienia, że nie ogarniam. 



0 komentarze: