LLandudno, North Wales

00:14 oh rainy day 2 Comments

Największy letni kurort w Walii, to leżące na północy Llandudno. Miasteczko otoczone z dwóch stron wzgórzami Great Orme i Little Orme a pomiędzy nimi, długą na trzy kilometry promenadą z pastelowymi elewacjami hoteli i hotelików. Płaska i spokojna tafla morza, ozdobiona jest od strony małego wzgórza farmą wiatrową Gwynt y Môr. Wiatraki z tej odległości są jak małe zapałki, w rzeczywistości sięgają 150 metrów nad powierzchnią wody a jest ich  160! Wertując przewodniki, dowiadujemy się, że wizyty w miasteczku nie można zaliczyć do udanych, jeśli chociaż raz nie wybierzemy się na molo. Molo faktycznie robi wrażenie. To koronkowa konstrukcja z drewnianym podestem i altankami w których znajdują się sklepy, ma długość aż 700 metrów. U podstawy molo, stoi stary Hotel Grand. 



Trafiamy tu w końcówce sezonu, przy pięknej, typowo letniej pogodzie. Mimo środka tygodnia i popołudniowej godziny, są tłumy. Tłumy plażowiczów i turystów. Śmiejące się dzieci i wrzeszczące mewy, które jak strażnicy miasta łypią okiem z każdej latarni i dachu. Po wielkim zachwycie promenadą, hotelami ze strzelistymi wieżami, które ozdabiają skaliste wzgórze Great Orme, trafiamy na molo. W zasadzie nawet nie wiem kiedy już tu jesteśmy, bo ilość stoisk z kiczobadziewiem przysłania wszystko. Kasyna i sale gier, dmuchane zjeżdżalnie, tor z kajakami dla dzieci i ogromne stoisko z poduszkami w kształcie emotikon zabijają. ZABIJAJĄ. Można na przykład zjeść niebieskie fluorescencyjne lody, po który na bank się świeci w ciemności od takiej chemii. Albo różowe. My chcemy po całym dniu w promie/aucie/duchocie (laaato!) napić się piwa, pogapić się na morze i powzdychać że jest nam fajnie. Okazało się, że w tym całym długim na 700 metrów przybytku radości, knajpka z siedzonkiem i zimnym napojem będzie ino jedna. Ok, narzekać nie będziemy. 
Oczywiście jesteśmy zadowoleni, ale też trochę zawiedzeni. Zawsze mnie zastanawiał fakt, że takie miejsca, z takimi możliwościami, będące atrakcją samą w sobie muszą dostać kiczowate, badziewne i okropne "ozdobniki". Za to największa altana na szczycie molo stoi sobie pusta i niszczeje. Aż chciałoby się krzyknąć #@%$*! 
Ale nie będziemy kończyć w takim nastroju ;) 


Piwo było przyjemnie orzeźwiające a lokalne chipsy o smaku baraniny i mięty... szczególne. W zielonym opakowaniu z czerwonym walijskim smokiem. Tutejszy smok, został również zakupiony jako pamiątka - w formie pluszowej ;) 

Taka pogoda spowodowała, że poczuliśmy się faktycznie jak na wakacjach. Blanka zaopatrzona w hulajnogę (uroki podróżowania promem) korzystała z niej na różne sposoby, ostatecznie sobie na niej siadła i kazała się wieźć. Zmęczeni, zasnęliśmy tuż po zachodzie słońca. 

























2 komentarze:

  1. Po takich doświadczeniach można poczuć się Europejczykiem bez względu na położenie. Po za tym miejsce niewątpliwie urokliwe. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. o tak, miasteczko piękne, było zdecydowanie za krótko!

      Usuń