W drodze. The wild atlantic way. Pólwysep Dingle & Pólwysep Beara

19:29 oh rainy day 2 Comments


Wyprawa na zachodnie wybrzeże Irlandii. Czekaliśmy na piękną pogodę, po całkiem przyjemnych i ciepłych czerwcowych dniach. Droga miała prowadzić wybrzeżem, widoki miały zapierać dech w piersi, ja miałam plany na spacer brzegiem oceanu. Rzeczywistość okazała się całkowicie inna z wielu względów. Było naprawdę WILD. Jak na złość, pierwszy dzień upłynął pod znakiem deszczowych chmur, ulewy i mgieł. Były za to momenty, kiedy naszym oczom ukazywały się przepiękne, mieniące się wszystkimi odcieniami zieleni przełęcze i góry. Tunele wydrążone w skale i drogi o szerokości jednego samochodu. Stawy w dolinkach i wodospady. Ozdobą zielonych połaci były oczywiście krowy i całe stada owiec. Jest ich tutaj cała masa! Purpurowe dzwonkowate kwiaty i ogromne krzewy fuksji, pokrywają wzgórza fioletem. Ogromny i wzburzony ocean z zieloną wodą. Aż żal, że niebo zamarzyło sobie płakać.












Nasza zaplanowana trasa, okazała się niemożliwa do zrealizowania w jeden dzień. Górskie dróżki i zakrętasy pochłonęły masę czasu. Pytająca od czasu do czasu (a właściwie cały czas) Blanka "kiedy będziemy w hotelu?", dostała wreszcie odpowiedź, że już do niego jedziemy. Droga miała być prosta, zwłaszcza z nawigacją. Okazało się być całkiem inaczej. Nasz "hotel" znajdował się w innym miejscu niż oznaczony był na stronie internetowej. Telefony z nawigacją i internetem postanowiły się właśnie w tym momencie rozładować. Atrakcje, atrakcje, atrakcje. Po kolejnych 30 kilometrach dojechaliśmy do celu, a Pan właściciel (upragnionego przez Blankę hotelu) przywitał nas słowami - "witajcie na końcu świata". Co było prawdą najprawdziwsza z wszystkich. 


Z okien rozpościerał się widok na klify i Atlantyk. Dalej nie było już nic. Ups, przepraszam, było. Półwyspie Beara - bo to był nasz przystanek - zakończony był kolejką liniową - tutejsza atrakcja - łącząca półwysep z malutką wyspą Dursey. Wagonik pokonuje swoją drogę w kilka minut, jednak chybocze się dzięki irlandzkim wiatrom na wysokości 250 metrów. "Cable car", przewożąca ludzi i zwierzęta na wyspę jest akurat w konserwacji. Nie smuci mnie to, bo odwagi na przejażdżkę nie miałam. Środki ostrożności? Owszem. Wagonik ma przybity do ścianki psalm o zawierzeniu się Bożej opiece i buteleczkę wody święconej. To nie żart. Wagonik przejeżdża przez dwie wieże, które  również nie zachwycają swoim wyglądem, wyobraźnia zaczyna działać i po raz drugi stwierdzam, że za żadne skarby bym do niego nie wsiadła. 
Niedaleko kolejki, stoją drogowskazy i mają zachęcić do dalekich podróży. My już znaleźliśmy się na końcu świata, teraz czeka nas powrót do cywilizacji. Ale o tym, następnym razem.










2 komentarze:

  1. Będziemy długo pamiętać, niezwykłą wyprawę. Widoki jak z Tolkiena, pomimo niesprzyjającej aury było co podziwiać. Najciekawsze obrazy zarejestrowane po powiekami. Matryca aparatu wysiada :) Dziękujemy za niezwykłe wrażenia. :) :) :)
    Wypadałoby powtórzyć ?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie nadążaliśmy robić zdjęcia ;) Wypadałoby, pewnie. Ring of Kerry do powtórzenia, ale tym razem ze słońcem!

      Usuń