Irelandopedia ♣ ilustrowany przewodnik po zielonej wyspie i moje wspomnienia

21:26 oh rainy day 4 Comments

Do pierwszego naszego spotkania, moje pojęcie o zielonej wyspie było - przynajmniej tak mi się wydawało - całkiem całkiem. Ale brało się tylko i wyłącznie z lekcji geografii i programów na discovery, które mignęły mi parę razy w telewizji. Mignęły. Ale zdjęcia były przepiękne. Zielone, zielone i jeszcze bardziej zielone. Klify w zachodzącym słońcu i piękne plaże. Jak już wylądowałyśmy tu i pierwszy podmuch wiatru zachwiał mną, a Blankę przewrócił, przypomniałam sobie te wszystkie ochy i achy i mina mi zrzedła. Oho... o tym też ktoś wspominał, ale żeby aż tak? I takie było pierwsze lato. W bluzach i długich spodniach, a sandałki takie nowe i piękne czekały na swój pierwszy raz tak długo, że był to zarazem ich ostatni. Morze, choć piękne, plaże, choć szerokie, to niewykorzystane. Wkurzeni, że nadeszła jesień, chowaliśmy lato na dno szafy a na wieszakach wylądowały swetry i kurtki przeciwdeszczowe. Zima była jak nie zima. Taka sama jak lato i jesień. Ciągle zielona, deszczowa, trochę zimna ale na pewno nie jak w zimie, którą znamy. Śnieg? a co to? I jak tu korzystać z uroków wyspy? Wszystko czekało na nas takie piękne (discovery!), zielone i wspaniałe, niebo płakało rzewnymi łzami a my razem z nim. 

Przyjeżdża turysta do Irlandii, a tu leje. Pyta Irlandczyka, kiedy będzie ładna pogoda, a ten mu odpowiada: poczekaj dziesięć minut, zaraz będzie. To właśnie taka pogodowa układanka. Trzeba być przygotowanym na zimę i lato w ciągu jednego dnia. My się do tego przyzwyczailiśmy. Nie raz, zaskoczeni rozbieraliśmy się z kurtek do krótkiego rękawa (!). Wycieczki na plażę, gdy za oknem leje jakby nigdy nie miało się skończyć, też były, bo za chwilę wyjdzie słońce. Wiatr urywa głowę? No ale przecież nie pada, więc ubieramy szale i jedziemy do Howth albo Malahide pooglądać roztrzaskujące się fale. Po jakimś czasie przeszła nam złość na pogodowe niedogodności, bo ich zmienić nie możemy. Możemy się do nich przygotować i od tego czasu, gdy staliśmy się posiadaczami swoich własnych czterech kółek a jazda po przeciwnej stronie jezdni okazała się nie taka straszna, wykorzystywaliśmy każdy wolny moment na poznawanie wyspy na tyle na ile mogliśmy i było nas stać. Wycieczki z jeszcze małą Blanką, były krótkie. Gdy zauważyliśmy, że i Ona to lubi i "daje radę", pewnego listopadowego dnia przejechaliśmy wyspę w poprzek. Pech chciał, że trafiliśmy na jeden z dni, kiedy deszcz się obraził ze słońcem na dobre. Irlandzką perełkę, czyli Cliffs of Moher, oglądaliśmy zakapturzeni, z mokrymi od deszczu twarzami. Takich wycieczek było całe mnóstwo a atrakcji pogodowych, dwa razy tyle. Ostatecznie, każdą z nich wspominamy z uśmiechem. 

Kilka dni temu, turystka Blanka dostała najpiękniejszy przewodnik po Irlandii. Adresowany do dzieci, ale zachwycający również rodziców. Blanka chodzi do irlandzkiej szkoły, więc to dodatkowa "pomoc naukowa" na przyszłość. Dla nas, nietypowy przewodnik turystyczny, z którym poznać można nie tylko te oczywiste atrakcje Irlandii. "Irelandopedia" jest wypełniona świetnymi ilustracjami i ciekawostkami, których długo by szukać w Wikipedii. To duet tata i córki, oczywiście  - Irlandczyków. Okazuje się, że nie tylko obcokrajowcy znajda coś nowego w tej książce. Wielu z nich, nawet tych uwielbiających podróże, odkryje nowe, nieznane im dotąd zakątki kraju.
Książkę polecamy nie tylko tutejszym, ale również a może zwłaszcza podróżniczym przygodożercom, którzy zieloną wyspę mają jeszcze przed sobą.















4 komentarze: