Co robic w Kopenhadze? Opera, Papirøen - Copenhagen Street Food i Wolne miasto Christiania

13:20 oh rainy day 0 Comments

Dzisiaj zabieram Was w podróż wspomnień, smaków i zapachów, do przepięknej Kopenhagi, którą przez kilka dni przemierzaliśmy wzdłuż i wszerz. Parę słów o samym mieście, garść przydatnych informacji dla turystów i to, że tu wszystko jest proste jak przysłowiowy drut, będzie w następnym poście. Dzisiaj zacznę od naszego pierwszego dnia i wycieczki w kierunku słynnej dzielnicy hippisowskiej Christiania, sławnego budynku Opery i docelowo - do uwielbianej przez Duńczyków "papierowej wyspy".  

Osiedle Christiania zostało utworzone przez grupę hippisów na początku lat 70. w obrębie dzielnicy Christianshavn. To teren byłych koszar wojskowych, które zasiedlone przez "kolorowych" mieszkańców, dostał od władz duńskich (po wielu latach burz i negocjacji) status niezależnej społeczności. Posiadają Oni swój kodeks praw, który jest całkowicie niezależny od tego ustanowionego przez państwo Duńskie. Na terenie Christianii panuje całkowity zakaz fotografowania, ruchu drogowego, kradzieży i sprzedaży twardych narkotyków oraz istnieje  zasada "no running" (biegnącego można uznać za złodzieja lub ... policjanta). Za to przy głównej ulicy wolnego miasta - Pusher Street (ulica dealerów), całkiem swobodnie kupimy marihuanę i haszysz. W miasteczku funkcjonują knajpki, bary i najtkluby. Muzyka grana na żywo i koncerty oraz cała masa murali.
Jak można się domyślać społeczeństwo duńskie jest od początku jej powstania podzielone i spór o istnienie Christianii trwa nieprzerwanie. Ostatecznie władze duńskie określają wolne miasto jako "eksperyment socjalny". Jest to niezaprzeczalnie ciekawe doświadczenie, chociaż całkowicie nie nasz klimat, pod każdym względem. Dodatkowo przeraża nieco fakt sąsiedztwa szkoły podstawowej i gimnazjum. Nasze jedyne trzy zdjęcia powstały przy wejściu i wyjściu z Christianii. To mural na jednej z kamienic i brama, na której po tej kolorowej stronie (przy opuszczaniu dzielnicy) był sobie napis - you are now entering the EU. Taaak. 




Ta sama dzielnica, Christianshavn. 
Zaraz przy pięknych kanałach portowych, pełnych coraz to droższych żaglówek i statków - nierzadko stanowiących zwyczajne - niezwyczajne mieszkania, docieramy do potężnego gmachu Opery  Królewskiej. Ciekawa konstrukcja budynku z "unoszącym się w powietrzu dachem" została zaprojektowana przez czołowego duńskiego architekta Henninga Larsena. Sufit nad sceną główną, wyłożony jest 150 tysiącami listków z 24 karatowego złota a sprowadzane z Niemiec i Włoch wapienie i marmury, pokrywają jej ściany. Na bogato, co? 





Po sąsiedzku z Operą stoi sobie całkiem inny i całkiem brzydki budynek. Blaszany hangar. Przychodzimy tam przed 12, kiedy już jest otwarte, ale jeszcze nieczynne. Swobodnie krążymy nie przepychając się przez dziki tłum, który odwiedza to miejsce od czwartku do niedzieli. To kopenhaski food market z miejscówką idealną. W lecie, przed budynkiem wystawiane są leżaki, stoły i ławki, na jesień rozpalany jest grill żeby się rozgrzać. To wszystko z widokiem na nabrzeże miasta i pałac królewski Amalienborg.



Środek, to surowe wnętrze, metalowy szkielet budynku, gołe ściany, kable, rurki. Wszystko z innej beczki ale razem, stanowi unikalny klimat. Tu chce się siedzieć, pić, jeść i na pewno nie wychodzić szybko. Z małych kolorowych ciężarówek, sprzedawane jest jedzenie z różnych zakątków świata. W powietrzu mieszają się zapachy kuchni meksykańskiej, indyjskiej, koreańskiej, włoskiej i tu można wymieniać i wymieniać. Napijemy się specyficznego tutejszego piwa i zjemy sławne duńskie kanapki Smørrebrød (w ramach ciekawostki: spośród kilkudziesięciu odmian tej kanapki, możemy zamówić wersję "Hans Christian Andersen" – z wędzonym boczkiem, wątróbką, plastrami pomidora i rzodkiewkami). Istotne jest to, że wszystkie knajpki przygotowują swoje produkty od podstaw tu, na miejscu. I właśnie to, można podglądać spacerując jeszcze przed otwarciem. Noże idą w ruch. Dodatkowo sezonowość produktów czyni market ciekawszym. Pory roku zmieniają nam smakowitości na talerzu.  A właściciele zachęcają do próbowania. Pachnie coraz bardziej, że ciężko się zdecydować na jedną rzecz. Koniec października jest w Kopenhadze zimny ale suchy. Po całodniowej wycieczce, to najprzyjemniejsza rzecz - żeby zjeść i ogrzać się przy kominku w fajnej atmosferze. Przychodzimy tu dwa razy, za drugim razem bierzemy ze sobą deser na wynos. Ważne jest jeszcze to, że te wszystkie przyjemności nie zrujnują nam portfela.
W hali food marketu, odbywają się również różne koncerty i imprezy. My trafiliśmy na wyjątkowo jesienny okres z główną dowodzącą - dynią, zwłaszcza w tej wersji Halloweenowej. Dyniowe uśmiechy wyłaniały się z co drugiej budki. 

PS.
zdjęć jedzenia nie ma. bo jak się je, to się je, a nie zdjęcia robi. bo stygnie i jest za dobre, żeby tylko tak stało ;)





























0 komentarze: