Happy Out (in Dublin) czyli kawa w plenerze

Irlandczycy uwielbiają być gdzieś, z kimś, jeść i bawić się. Rano, po wyjściu z domu przed pracą, kupują kawę na wynos. Poranny jogging często ma przerwę na kawę, lunch je się 'na mieście' a w godzinach porannych lub właśnie południowych, kafejki i bary sałatkowe, są pełne ludzi.
I choć nasze lunche to bardziej drugie śniadania, a tutejsze kolacje to nasze obiady, to na kawę zawsze jest pora. Oprócz sieciowych kafejek, jak grzyby po deszczu rosną małe miejsca z klimatem, gdzie króluje kawa i coś na ząb a przede wszystkim dłuuugie kolejki. 

My też mamy swoje ulubione miejsca, na spacery. Jednym z nich jest wspominana kilka postów wcześniej Bull Island (tu KLIK). To miejsce, to najbliższa plaża dla centralnego Dublina. Można na nią wjechać samochodem, przejeżdżając przez drewniany mostek, o szerokości jednego samochodu i wąskiego 'chodnika' dla pieszych - ostatecznie to wyspa (w czasie przypływu z drżeniem nóg przez niego przechodzimy). Pływy morskie odsłaniają w tym miejscu brzydkie, muliste dno, ale przypływ szybko to naprawia. To niesamowite, ale wyspa ma takie miejsca, gdzie różnica w przypływach i odpływach może doszczętnie zrujnować widok. Tu zanim przekroczymy most, potrafi też nieźle...pachnieć. Na lewo, mamy pola golfowe (irlandzki standard, jest ich dużo i chyba każda dzielnica ma swoje), na prawo zatoka i widok na Dubliński port, z kominami elektrowni Poolbeg, tu horyzont zamykają szczyty gór Wicklow. Horyzont po lewej stronie i na wprost mostu, to zatoka Dublińska z wypływającymi i wpływającymi do miasta promami, oraz plażą Dollymount. Betonowe molo, którym kontynuuje się spacer wgłąb morza, zwieńczone jest posągiem Realt na Mara - Maryi, Królowej Morza. 

I to właśnie tu, przed wejściem na plażę ktoś wpadł na genialny pomysł, żeby postawić kontener, a w nim zrobić mini kawiarnię z opcją dobrego tosta na śniadanie, croissanta i oczywiście świeżo parzoną kawę. A jak ktoś robi jeszcze na niej piękne wzorki, to ja jestem w niebie (wiem, wiem to głupie). Psiaki też skorzystają z przygotowanej wody, na wynos dostaniemy też kawowy kompost, a jeśli znudzi nam się chodzenie, to są ławki i koce na chłodniejsze dni. Wszystko jest bardzo proste ale sprawdza się mega dobrze. W ciągu tygodnia, z samego rana, miejsce idealne na randki. Mało ludzi i wolne ławki, a przy ładnej pogodzie, extra widoki na morze, kurczę jest super. 
Nazywają się Happy Out i faktycznie wesoło jest tam być.




















Dziecko u Astrid Lindgren na #DzieńDziecka2018

„Czas leci i człowiek zaczyna się starzeć. Na jesieni skończę dziesięć lat, a wtedy ma się już najlepszy okres w życiu za sobą”.
Tak Mówiła Pippi Pończoszanka. 
Prawdy w tym jest tyle co stąd do nieba. Ale o tym mogła wiedzieć tylko Pippi, no i Astrid. 
T-shirt Blanki to ostatnia kolekcja H&M dla UNICEF. A na nim inne mądre słowa od Astrid. Nie można było celniej na dzień dziecka. 
W tłumaczeniu na polski:
"Dajcie dzieciom miłość, o wiele więcej miłości, a wtedy dobre maniery same się pojawią".







I jeszcze trzy cytaty z ukochanej Lotty z ulicy awanturników. To dzieciństwo unplugged. Rodzeństwo, a zwłaszcza mała Lotta tak podnoszą ciśnienie rodzicom i wspomnianej we fragmentach cioci Berg, aż łzy w oczach stają. Ze śmiechu oczywiście. A tego, jest tutaj pełno na wszystkich 155 stronach. Książka jest pięknie wydana z cudownymi ilustracjami Ilon Wikland, do niej wracamy co chwilę. Blanka sama czyta i śmieje się za każdym razem, chociaż tekst zna już niemal na pamięć. Jeśli jest ktoś, kto nie zna Lotty, to mu zazdroszczę, tyyyle przyjemności do odkrycia!




Jak zrobić różę ucierana z cukrem? Przepis + pachnące zdjęcia.


Tak jak maj zawsze mi się kojarzył z konwaliami i bzem, tak czerwiec z piwoniami. Pięknymi jędrnymi główkami kwiatów, które po chwili pękają i z tego małego bąbla rozwija się królową czerwcowych działek. A najpiękniejsza jest ta w pięknym jasnoróżowym odcieniu. Z reszta czy to nie wspaniałe, że najpiękniejsze letnie kwiaty maja właśnie wszystkie odcienie różu

Od piwonii moje myśli mają jedyny słuszny tor. A ten wiedzie przez działkę do Babci Heli. Bo Babcia Hela, to właśnie zapach piwonii. Piwonie, przez swój słodko różany aromat, przypominają mi jeszcze jedną rzecz, która wiąże się i ze wspomnianą wcześniej Babcia Helą i z działką i z moim ulubionym różowym kolorem.



Mam na myśli płatki dzikiej róży ucierane z cukrem.
Ten smakołyk był w zasadzie stałym punktem sezonu na zamykanie lata w słoikach. Żeby później wylądować w kruchych rogalikach, które posypane cukrem znikały w ekspresowym tempie.
Babcia Hela, kręciła róże w makutrze, a ja później miałam wrażenie, że dziurkowane wnętrze naczynia na zawsze będzie już pachnieć różą. Zamykana w słoikach z podpisem "róża 93" wykonanym na taśmie klejącej 'gęsia skórka', lądowała w piwnicy, by w przypływie wielkiej chęci na rogaliki lub pączki, wrócić z powrotem do kuchni. I tak ją pamiętam. 

Tydzień temu, wracając z zakupów inną drogą niż zwykle, zostałyśmy złapane w pachnącą pułapkę.  Ciężko było przejść i nie sięgnąć po te słodkie, ciemno różowe płatki. Blanka na hasło zrywamy! nie patrząc na kolce (o dziwo) wzięła się do zabawy. Ostatecznie, nieoczekiwane zbiory obłędnie pachnących płatków wylądowały w papierowej torebce z croissantami.



I chociaż pracy przy niej jest sporo, nie wyobrażam sobie że mogłabym z niej zrobić coś innego, niż różę ucieraną z cukrem. Jest najwspanialsza. Idealna do rogalików, pączków, mazurków, itp, ale jak powiedziała niecierpliwa Blanka zaraz po wypełnieniu 1 słoiczka konfitury - chętnie by ją zjadła na bułeczce z masełkiem. Od razu. Ja chyba też.

Płatków było dokładnie tyle, by wypełnić 200 gramowy słoiczek po solonym karmelu. Dużo, bo zawartość bardzo cenna, ale jednak za mało, by nacieszyć się nią na jakiś czas. Następnego dnia, pachnące płatki zrywałyśmy nad samym morzem, z wydm na których rośnie pas różanych krzewów. Również nieprzygotowane, bez koszyczków lub torebek, upychałyśmy kwiaty w kieszenie, żeby później skakać w popłochu, bo oprócz róży, w kieszeniach były tez szczypawki. 
Tego dnia, w domu powstał drugi słoiczek konfitury. Nieco ciemniejszy i bardziej fioletowy niż poprzedni. Ale obydwa z turbo pachnącym wnętrzem. 

Nie wiem jak to się stało, ale kolejny dzień to kolejne zbiory. Wpadłyśmy w kompletny szał. Blanka mimo swoich olbrzymich uprzedzeń przed wszystkim, ale tak dosłownie wszystkim, co mogłoby ją ukłuć, stała w krzakach i mimo krótkiego rękawku, sięgała po kolejne i kolejne i kolejne płatki. 
Tego dnia, powstał trzeci słoiczek konfitury.
Czy to już szaleństwo?


Również tego dnia obiecałam sobie, że już więcej tamtą droga nie będziemy chodzić. Zabawa z różą zostaje tylko dla mnie, a ta pochłania ogrom czasu. 
W sumie to nie wiem czy tak będzie, to może i żmudna robota, ale cudownie pachnąca. No i rogaliki z własnoręcznie zrobiona różą to przecież nie kupne croissanty z Lidla a smakołyk godny eleganckiego espresso w ramach podwieczorku.

Przepis

Przepis na różę ucierana z cukrem jest banalnie prosty. Uzbieraną wcześniej różę oczyszczamy z resztek listków, szczypawek (jeśli ktoś miał szczęście tak jak my) lub innych lokatorów. Można delikatnie opłukać a później osuszyć. Teraz zaczyna się największa zabawa:

• część monotonna, choć lekka - należy odciąć białe końcówki płatków. Jeśli je zostawimy, konfitura może być gorzka, a tego nikt nie lubi. Ja robię to nożyczkami, jest najwygodniej. W to zadanie najlepiej zaangażować dzieciaki. Ale uprzedzam, że po setnym płatku zaczynają czuć, że dały się sfrajerować i zostawiają Was na lodzie. Trudno, dobre i te sto płatków. Ale pachną przyjemnie, więc nie ma co AŻ TAK narzekać ;)
• po obcięciu wszystkich płatków, należy je zważyć. Wagę płatków podwajamy i wychodzi nam ilość cukru, która będzie potrzebna do ucierania konfitury (czyli np mamy 200g róży i 400g cukru).
• sok z cytryny, ilość: trochę.
• część monotonna, ale wymagająca siły - różę przekładamy do makutry i dosypujemy cukier, a później baaardzo dłuuugo ucieramy drewnianą kulą. I teraz pytanie kto ma jeszcze w domu makutrę, albo lepsze - kto w ogóle wie co to jest? KLIK Ja nie mam, więc ucieram mikserem ręcznym, a do mieszadła doczepiam płaską nakładkę, która ładnie rozetrze różę z cukrem. Jak się zmęczymy, to i tak ciągle jesteśmy na początku. Cukier musi się ładnie połączyć z płatkami, a płatki powinny się  całkiem rozpaść. Ja swoją kręciłam dobre 10 minut. W międzyczasie wyciskamy sok z cytryny. Sok utrwali piękny, różany kolor.
• jeśli wydaje nam się, że konfitura jest za rzadka, spokojnie można dosypać cukru. Oczywiście od początku wiadomo, że konfitura nie jest zdrową przekąską. Jest smaczna, pyszna i cudowna. Nie jemy jej łyżeczkami codziennie. A dodatkowo patrząc na krótki żywot róży na krzewach i jej (nie)dostępność, to dosłownie kropelka słodkości w naszym życiu.
• gotową różę przekładamy do wyparzonych słoiczków i zakręcamy. Nie trzeba pasteryzować. Taka ilość cukru dobrze zakonserwuje, a w ogóle istnieje wielkie prawdopodobieństwo, że róża nie wytrzyma  do zimy. 
Ja swoja trzymam w lodówce. 
• po paru dniach, jak się przegryzie jest idealna do nadziewania wspomnianych już rogalików, pączków... 
...no i zaczęła mi lecieć ślina.

Teraz już tylko zostały zdjęcia. One na prawdę pachną. Prawda, że czujecie? 







Skąd oglądać cruisery w Dublinie?

Ano z portu. Ameryki nie odkryłam, ale pierwszy raz mieliśmy problem jak tu dotrzeć. W porcie znajdują się w zasadzie są trzy takie miejsca.
Ale od początku.


Piękne cruisery, które dobijają do portu w Dublinie, to okres maj - wrzesień. Wakacje są jedynym okresem, kiedy tu, na wyspie, możemy podziwiać pływające wieżowce-imprezy. Strona dublinport ma rozkład na 100 następnych wypłynięć i wpłynięć do portu. Warto tam zaglądać. Tu wpłynięcia KLIK a tu wypłynięcia KLIK. Punktualnie wypływają głównie kontenerowce i promy pasażerskie ale rejsowe, czyli Stena i Irish. Na cruisery mimo grafiku można sobie czasami poczekać. Ale warto. 

Skąd najlepiej podziwiać promy?

• 1 miejscem, jest plaża Dollymount i wysepka North Bull KLIK, która znajduje się po północnej stronie miasta i rzeki. Idąc do samego końca kamiennego nasypu mamy jak na dłoni panoramę Dublina ze słynnymi kominami stacji Poolbeg, żurawie i suwnice w porcie. Jeśli czekamy na wypłynięcie, to z tego miejsca na pewno już zobaczymy górujący w porcie statek. Wycieczkowce są ogromne, przewyższają duże a jednak całkiem małe promy codziennych przewoźników na wyspie. W tym okresie, to właśnie z tej strony mamy port i miasto skąpane w zachodzącym słońcu. Przy pięknej pogodzie jest cudownie pięknie. To miejsce jest świetne, gdy chcemy złapać prom z całą panoramą miasta. Dla szerokiego kadru idealnie.

• 2 miejsce, to przeciwna strona portu, tzw South Bull i opisywana przeze mnie wcześniej latarnia Poolbeg KLIK. Autem dojedziemy aż pod sama elektrownię, stąd idziemy już na piechotę. To jakieś 1500 metrów spacerem i dochodzimy do latarni morskiej wieńczącej molo. W tym miejscu, wypływające promy są jak na wyciągnięcie ręki. Jak płynie taki kolos, robi wrażenie. Inne wrażenia niż na North Bull, inna perspektywa, ale żeby poczuć wielkość statku, to to miejsce jest najlepsze.

• 3 miejsce, to parking przy Poolbeg Yacht & Boat Club KLIK. Stąd zobaczymy cruisery w czasie spoczynku w porcie. W zależności od długości, wielkości wycieczkowca, stoją w doku lub wzdłuż kanału. W każdym razie są dokładnie naprzeciw klubu jachtowego na terenie którego się znajdujemy. Miejsce jest schowane za budynkiem, który widać z ulicy. Ale spokojnie, każdy może tu przyjść, nie trzeba się włamywać, przeskakiwać żadnych siatek i ogrodzeń ;) W przeciwieństwie do poprzednich dwóch punktów, tu widzimy kolosa ze szczegółami.

Jest oczywiście cała masa innych miejsc, z których również zobaczymy wypływające cruisery, jak np. Clontarf Road ciągnąca się wzdłuż północnej strony Zatoki Dublińskiej. Ale to te trzy wymienione przeze mnie, dają nam statek jak na dłoni, mamy go najbliżej.

Dzisiaj zdjęcia z pierwszego w tym roku cruisera w Dublinie. Celebrity Eclipse. To był dokładnie 29 kwietnia i inauguracja sezonu letniego w Dublinie.











Z widokiem na morze. Dzień w Howth

Trzydzieści minut jazdy samochodem od tętniącej życiem stolicy Dublina przeniesiemy się do zabytkowej wioski rybackiej Howth. To malownicze wybrzeże oferuje przepiękne widoki, ale także jedne z najlepszych owoców morza w Irlandii.


Port w Howth, jak i sąsiadująca z nim wyspa Ireland's Eye mają bogatą i burzliwą historię. Legenda głosi, że pierwsi Wikingowie, którzy dotarli do wybrzeży Irlandii wylądowali właśnie na Ireland's Eye. Natomiast słynna w całej Irlandii królowa piratów Grace O'Malley, porwała i uwięziła na wyspie syna ówczesnego hrabiego Howth.

W 1914 roku, czyli na dwa lata przed Powstaniem Wielkanocnym, do Howth przeszmuglowana została broń dla irlandzkich żołnierzy, którzy walczyli o niepodległość od korony brytyjskiej. Jacht Asgard który dobił do Howth, należał do Roberta Erskine Childersa, irlandzkiego pisarza (później, w latach 70. jego syn zostanie czwartym prezydentem Irlandii). Na jachcie przewieziono 900 sztuk karabinów i 25 tysięcy sztuk amunicji. Kilka lat po śmierci Childersa jacht został sprzedany i przechodząc przez różne ręce, ostatecznie trafił do Irlandzkiego Muzeum Narodowego, gdzie po odrestaurowaniu został wystawiony dla zwiedzających (i jest przepiękny!)

Rybołówstwo, od pokoleń jest najważniejszym i kluczowym zajęciem mieszkańców Howth. Rząd kutrów stojących w porcie zaopatruje okoliczne i nie tylko okoliczne - sklepy i restauracje. Stąd wyruszają też w świat całe kontenery pełne ryb i owoców morza. Przechadzając się wzdłuż west pier, możemy do nich pozaglądać, a skarbów tam całe mnóstwo. Kolorowe skrzynki, liny i sieci, metalowe kratki w które łowi się kraby i homary pływające właśnie tutaj, w zatoce Balscadden u wybrzeży półwyspu. Tu KLIK krótki film. Jest w nim - i w filmie i w miasteczku, coś nostalgicznego. W całym Howth to czuć, zwłaszcza, gdy słońce schowane jest za chmurą (tak, wiem, ciągle to powtarzam), a ta wisi nad zatoką gęsta i ciężka. Rybacy czy ze słońcem czy bez niego i tak wyruszą na połów.














Druga strona półwyspu, z mariną pełną jachtów, klubem żeglarskim i molo zakończonym latarnią morską o której wspominałam tu KLIK to idealne miejsce na letnie spacery. Stąd najlepiej oglądać zachód słońca. Tu panuje już całkiem inny nastrój.






Początkiem roku, gdy przychodzi okres sztormów i huraganów, przez molo przelewa się woda. Nie ma chyba zimy, kiedy by się to nie działo. Wiatry nie odpuszczają o tej porze roku i spacery w miasteczku to walka z żywiołem. W tym roku, opisywana przeze mnie zima stulecia (tu KLIK) dała pokaz swoich możliwości również w Howth, gdzie spieniona woda przelewała się przez falochron jakby nigdy nic, jak pianka z kufla pełnego piwa, a z uliczek prowadzących na klify, turlały się kamienie, gałęzie i patyki.

Od maja do września w Howth jest jak w ulu, zwłaszcza gdy pogoda dopisuje. Na plantach urządzane są pikniki, okoliczne kafejki i restauracje przeżywają oblężenie. Miejsc parkingowych ciągle brakuje. Ze stolicy dojazd jest przyzwoity, bo w miasteczku znajduje się stacja kolejki podmiejskiej. Oprócz tego są autobusy, które kursują co chwile. Znajdą się też śmiałkowie, którzy wypożyczając rowery miejskie w Dublinie i docierają tu na dwóch kółkach. W Howth krąży też mini pociąg/autobus wycieczkowy, który zabiera turystów w wycieczkę po półwyspie. I choć nie jest to rozległy teren, różni się wysokością. Bowiem mamy tu też klify, z których z jednej strony rozciąga się widok na Howth z mariną, molo i zatoką Balscadden, a z drugiej zatokę Dublińską i panoramę stolicy z górującymi nad nią górami Wicklow. Na klify warto się wspiąć, zwłaszcza, że dopiero od tej strony zobaczymy morze jak na tacy, z całkiem innej perspektywy.