Tam, gdzie samoloty latają pod twoimi nogami - Ćwiczenia szwajcarskich sił powietrznych #Axalp2021

W sieci znaleźć można wiele, ale robi się kicha, kiedy w polskim Internecie chcemy dowiedzieć się więcej o wyprawie na Axalp. To teraz garść informacji o czym należy pamiętać podczas planowania podróży, jak to jest, kiedy tam już jesteśmy i w ogóle o co tyle zamieszania. 

Widok na Tschingel. Zdjęcie zostało zrobione przed 7 rano, zaraz przed wejściem na KP.

No więc co to w ogóle jest ten Axalp?

Pokazy lotnicze Axalp Fliegerschiessen odbywają się na strzelnicy szwajcarskich sił powietrznych. 2500 tysiąca metrów nad poziomem morza. Co czyni ją najwyżej położoną strzelnicą na świecie, dostępną zwykłemu człowiekowi. Nie tylko temu, który dosłownie będzie tutaj strzelał.  Główną atrakcją są oczywiście samoloty, ale nie byłoby to aż tak powalające, gdyby nie naturalny, zapierający dech w piersiach amfiteatr, w którym piloci myśliwców mogą ćwiczyć swoje umiejętności w lataniu alpejskim.

Strzelnica Ebenfluh jest eksploatowana od października 1942 roku. Wówczas Szwajcarzy trenowali tu swoją załogę lotniczą w lataniu górskim, skutecznie broniąc swojego neutralnego statusu w czasie II Wojny Światowej. Od tego czasu wzgórza nad Axalp oblatywane są do dziś. W 1990 roku ćwiczenia Szwajcarów stały się dostępne dla ciekawskich oczu zwykłych ludzi i najgoręcej jest tu właśnie w październiku. 

O tyle, ile większość z nas widziała niesamowite zdjęcia z Axalp, to mało kto wie, że aby się tam dostać, trzeba się trochę natrudzić. Ale wszystko jest do zrobienia. Potrzebujemy mieć plan. I to o tym jest ten wpis.


Jak można się tu dostać?

Propozycja obejrzenia tak spektakularnego show brzmi kusząco, dopóki nie usłyszymy o tym, że drogę na szczyt musimy pokonać na własnych nogach. Droga do wioski, z której zaczynamy wspinanie zamykana jest o 5 rano i otwierana dopiero o 22. W oficjalne dni pokazów (środa & czwartek) zaparkowanie własnego samochodu nie jest możliwe - parking jest zamknięty, zostaje tylko umówienie się z kimś kto mieszka na górze i udostępni miejsce przed swoim własnym domem. Poza tym droga z Brienz do Axalp to seria serpentyn, w większości jednopasmowa. Jest wiele zatoczek do wymijania, ale jednak straszecznie wąsko i stromo. Post Bus ma oczywiści pierwszeństwo. W dzień, gdy jest widno pomiędzy drzewami prześwitują super turkusowe wody jeziora Brienz. To jest obłęd, bo jezioro wygląda jak sztucznie pokolorowane. 

W dni nieoficjalnych ćwiczeń i tych już oficjalnych (poniedziałek & wtorek) parking w miasteczku jest otwarty, ale pobierane są opłaty.

Zacząć się wspinać wypadałoby już po 5 rano, poza tym jeśli całe to wspinanie rozpoczynamy przed świtem, niezbędne będą czołówki. Zaraz po przejściu za szlaban, za którym zaczyna się nasza wędrówka nie ma oświetlenia. Jesteśmy w górach, nie ma tu latarni i jest super ciemno. Nasz drugi dzień szliśmy przy pełni księżyca a i tak nadal było ciemno, chociaż łysy nieźle dawał. Na marginesie - kiedy nie ma chmur, niebo jest tak piękne i gwiaździste, że brak słów. Warte każdego urwanego oddechu. I gdyby nie to, że ledwo go łapałam, gadałabym jak najęta, żeby tylko nie słyszeć tej głośnej ciszy. I tych szelestów z lasu po obydwu stronach szlaku. I nie widziała tych świeżych, zwierzęcych kup na drodze. Pytanie "jakie zwierzęta zamieszkują okoliczne lasy i jakie mamy szanse żeby stanął przed nami niedźwiedź" padło na sam koniec, w czasie zejścia podczas ostatniego dnia. Nadal nie mam odpowiedzi, ale nie wiem czy chcę ją usłyszeć. 

Droga przez dolinkę

Jakość jak z kalkulatora, ale tak właśnie wygląda niebo, przed wschodem słońca, przy pełni księżyca.
W lesie.

Dla porównania, to samo miejsce, ale w drodze powrotnej. Widzicie to pasmo górskie po prawej stronie?
To jest to samo miejsce, które znajduje się zdjęciu powyżej.

Tutaj przejście przez dolinkę, powrót. Widać dobrze jak wygląda trasa.

Jeśli jednak nie mamy gdzie zaparkować samochodu, albo po prostu nie chcemy się z nim pchać na górę (tłumy), w czasie oficjalnych dni pokazowych, dowiezie nas tutaj post bus. Swoje auto zostawiamy na specjalnie stworzonym parkingu przy zjeździe z autostrady od Brienz. I stąd mamy do dyspozycji shuttle busy, które zaczynają kursować od godziny 6. Jest ich całkiem sporo, dowożą nas pod sam wyciąg. Bilety na shuttle bus + wyciąg, który dowiezie nas na górną stację kolejki Windegg można kupować przez stronę ticketino.com. W tym roku (2021) z powodu pandemii, ilość biletów była limitowana - 4k/dzień pokazów i 2k/dzień treningowy. Bilety dostępne były wyłącznie online a impreza przeznaczona wyłącznie dla zaszczepionych, lub tych którzy wykonali test. Maseczki były rzeczą obowiązkową w autobusie i pomieszczeniach zamkniętych. Żołnierze obsługujący całą imprezę prosili o okazanie certyfikatu/wyniku testu i wręczali opaski-przepustki. O tyle, ile w nieoficjalny dzień treningowy było bardzo mało ludzi, o tyle w oficjalny dzień pokazów było już ich całkiem sporo. 


A spanko gdzie najlepiej?

Najlepszym pomysłem, jest znalezienie noclegu w samym Axalp. Jednakowoż, Axalp to malutka wioska i nie ma zbyt wielu miejsc, w których można się zatrzymać. Jak tylko ogłoszone zostają daty pokazów, miejsca noclegowe wyprzedają się w kilka chwil. O cenach nie będę już wspominać. Jesteśmy w Szwajcarii, treningi narodowych sił zbrojnych to wielkie święto Szwajcarów, ludzi jest mnóstwo, wszystko wyprzedaje się na pniu. Nie ważne za ile. Trzeba być szybkim i mieć hajsy. Mieszkać w Axalp jest ogromnym ułatwieniem. Nie ma potrzeby zrywać się wcześnie rano i czekać w kolejce do shuttle bus, albo kombinowć co zrobić z własnym samochodem.

Trasa

Z Axalp, w zależności od naszej kondycji mamy 2-3 godziny marszu. Nawet, jeśli wjedziemy wyciągiem krzesełkowym do Windegg, nadal czeka nas wspinaczka w kierunku pierwszego (najbliższego) z trzech punktów, w których możemy się zatrzymać i oglądać show. Jeśli chcemy być bliżej i widzieć więcej, czeka nas podejście na Tschingel i ostatecznie na Kommandoposten (KP) Ebenfluh. To tu mieści się mały budyneczek, z którego monitorowany jest każdy ruch wykonywany przez pilotów. Kierownicy strzelnicy obserwują i drogą radiową przekazują pilotom informacje zwrotne, aby w razie potrzeby poprawili swój następny lot. Wszystko, każdy ruch koordynowany jest przez radio. KP to również górna stacja transportowej kolejki linowej. Dostępnej jedynie dla personelu i dowiezienia zaopatrzenia. Za budynkiem znajduje się lądowisko dla helikopterów, którymi przylatują VIP-y lub Ci, którzy posiadają akredytację dziennikarską i szczęście się do nich uśmiechnęło, żeby ten dystans pokonać na pokładzie śmigłowca Super Puma. Nie napiszę, że zazdrosna jestem, bo trochę bym się bała, ale jak się sobie przypomnę z tętnem 188, to może nie byłoby to takie głupie. I szanse na spotkanie niedźwiedzia spadają do zera. 

W czasie nieoficjalnych ćwiczeń do pokazów, jedną z tras jest droga przez dolinkę. To najłagodniejsza droga na szczyt, chociaż dłuższa. Strome jest jedynie podejście na KP. Pierwsza część trasy prowadzi przez asfaltową drogę. Trasa jest oznakowana i nawet w ciemności trudno byłoby się zgubić - ale tak czy siak czołówki is a must! Na każdym z trzech punktów obserwacyjnych strefa dla widzów jest zagrodzona taśmą, której pod żadnym pozorem nie możemy przekraczać. Po zamknięciu szlaku, o godzinie 9 rano, przez dolinkę przelatuje helikopter z kamerą termowizyjną i sprawdza czy nikt się tam jeszcze nie krząta. 

W czasie oficjalnych ćwiczeń i pokazów, jeśli odpuszczamy wyciąg krzesełkowy, również zaczynamy drogą asfaltową, żeby po około 40 minutach marszu odbić w lewo i zacząć się wspinać w stronę Brau - pierwszego z trzech punktów obserwacyjnych. Droga przez dolinkę jest zamknięta i żołnierze zawracają maszerujących. Dla tych, którzy chcą oszczędzić nogi i wybiorą kolejkę, mają krótszą drogę w stronę Brau, ale na dobrą sprawę to dopiero stąd zaczyna się dyszenie i łapanie oddechu. Może i długo się nie idzie, ale jest dość stromo. 

Tak wygląda droga w stronę Brau. Powoli zaczyna świtać.



Stąd przyszliśmy, najwyższy wzniesienie, to Tschingel. Niektórzy właśnie tam planują zostać i oglądać pokazy, niektórzy maszerują dalej w kierunku KP.

O, właśnie tutaj. 

Czas, kiedy wstaje słońce jest tutaj magiczny.

I już po wschodzie słońca. W dole, po lewej dolinka, jeszcze po tej nocnej stronie mocy. I oświetlony Tschingel z pierwszymi gośćmi. 

Za to po prawej stronie mamy jezioro Brienz, tak jak i dolinka trochę jeszcze zaspane.

Co ze sobą zabrać?

Organizowanie takiej imprezy w październiku w połączeniu z dużą wysokością, na którą musimy się wspiąć oznacza, że jeśli chodzi o pogodę, możemy się spodziewać praktycznie wszystkiego. Silnych wiatrów, śniegu, deszczu, mgły z zerową widocznością ale również 20 stopni i pięknego słońca. Ale jak to mówią w Irlandii - nie ma złej pogody, jest tylko złe ubranie. Tak więc koniecznie warstwy i te termiczne i przeciwdeszczowe. 

Najlepszym pomysłem jest spakowanie do plecaka dodatkowej warstwy termicznej. Bluzki, którą po wejściu na szczyt zmienimy z największą przyjemnością. Warstwa w której wchodzimy, będzie najprawdopodobniej mokrusieńka. Wejście na KP to nie to, co wejście na K2, ale jednak trochę nas to kosztuje, więc spędzenie dobrych kilku godzin w spoconej bieliźnie nie jest najlepszym pomysłem. Z samego rana kiedy słońce jeszcze nie oświetla "naszej" strony grani, jest super zimno. W tym momencie polecam nałożyć na siebie wszystko co mamy, żeby dotrwać do momentu kiedy słońce pojawi się w końcu i u nas. 

Czapka i rękawiczki są super przydatne, ale nie te cieniutkie za 5 złotych z Decathlonu, nie bierzcie ze mnie przykładu (brawo Madziu). Tylko porządne, puchowe. Najgorzej zmarznąć w dłonie i zdrętwiałymi próbować robić zdjęcia przelatującym samolotom. 

Na szczycie mamy trawę everywhere. Spakowanie karimaty, koca, lub składanego siedziska takiego jak tu KLIK jest super pomysłem. Czekając na show nie będziemy tylko stać. Ostatecznie jesteśmy tu od około 8 do 16 godziny. Warto się przygotować i nie odmrozić sobie tyłka siedząc na gołej ziemi. 

i wełniane irlandzkie skarpety oczywiście!

Termos z gorącą herbatą lub kawą to też świetny pomysł. Zaraz po wejściu, nie ma nic lepszego niż gorące pitko. Owszem, na górze będzie otwarte stoisko z piciem i tym z % i tym bez, z kiełbaskami i pajdą chleba albo słynnym Chasbrätli, czyli chlebie z gorącym, roztopionym serem. Ale zawsze fajnie zabezpieczyć się samemu. Batoniki typu Snickers szybko doładują nam kalorie, które stracimy przy wejściu. My robiliśmy jeszcze kanapki.

Co do wspomnianego słońca - nam się trafiła pogoda marzenie. O ile wczesnym ranem było całkiem zimno, o tyle w ciągu dnia, gdy słońce wyszło ponad szczyty, zrobiło się przyjemnie ciepło. Niewiele dzieli nas od słońca. Okulary przeciwsłoneczne, nakrycie głowy i OBOWIĄZKOWO filtr są konieczne! Przez kolejnych kilka dni bujałam się z wysuszonymi, popękanymi ustami. Nie polecam.

Trasa na szczyt nie jest super wymagająca, ale trzeba brać pod uwagę pogodę. My trafiliśmy na super ładne dni. Początkowy marsz asfaltem jest zwyczajnym spacerem. Ale jak już wchodzimy na szlak, są wertepy, błoto, jest ślisko a w połączeniu z ciemnością, robi się nieciekawie. Wiele osób miało ze sobą kijki do trekkingu. My również, co było super pomocne. Drugiego dnia zakładaliśmy na buty raki. Również do kupienia w Decathlon. I to już była inna jakość wchodzenia/schodzenia. Chociaż obydwoje mieliśmy buty do trekkingu, z nałożonymi rakami szło się o wiele bezpieczniej.

W drodze na Brau mamy liny asekuracyjne i stalowe schodki. Tą trasą zdecydowanie lepiej się wchodzi, niż schodzi. Jest dość stromo, a strome schodzenie = zrujnowane kolana. Ja dorobiłam się takich zakwasów, że minęły już  2 tygodnie a ciągle czuje ból. Dla jasności, ja ze sportem mam tyle wspólnego co nic. Na drugie pięto dowozi mnie winda. Taki ze mnie wyczynowiec. Owszem 2 miesiące przed wyjazdem wjechała siłownia, ale w dwa miesiące, tym bardziej na siłowni, nie jesteśmy w stanie przygotować się na wędrówkę w góry, a już na pewno nie oddechowo. 

Nie zaliczyliśmy wielkich wtop przy naszym pierwszym Axalpie. Słuchaliśmy tych, którzy wybierali się tu kolejny rok z rzędu. Z tych mniejszych, to następnym razem na pewno zmienię plecak. Z wentylowanymi plecami z napiętej siatki i profilowanym pasem, który po zapięciu odciąży trochę plecy i barki będzie się szło bardziej komfortowo. Termos jest również do wymiany, mam wrażenie, że stare, szklane termosy trzymały ciepło o wiele dłużej niż te metalowe. Trzeba poszukać czegoś nowego koniecznie. Opaska na głowę - alternatywa dla czapki. Będę szukać. Kiedy robi się cieplej, czapka doprowadza mnie do wściekłości. Ale jednak fajnie mieć schowane uszka. 

Co zastaniemy na miejscu?

We wszystkich trzech punktach obserwacyjnych mamy zapewnione przenośne kibelki - zarówno w czasie oficjalnych jak i nieoficjalnych dni pokazowych. Stoisko z piciem i jedzeniem, o którym już wspominałam. Śmigłowiec ratunkowy w razie jakiejś zdrowotnej awarii/kontuzji. Przed oficjalnymi dniami żołnierze rozstawiają głośniki, z których usłyszymy oficjalne powitanie i przedstawienie programu pokazów. Zdaje się, że wszystkie komunikaty wybrzmiały w czterech językach. Niemieckim, Francuskim, Włoskim i Angielskim. Jestem pewna, że znajdzie się koło was ktoś, kto będzie dysponował radiem, przez które będzie słyszał pilotów. Jeśli tylko znacie niemiecki, będziecie wiedzieć w którą stronę odwracać głowę. Piloci porozumiewają się właśnie w tym języku. O tym, że jest super głośno chyba nie muszę wspominać. Można sobie ulżyć zatyczkami do uszu, lub specjalnymi słuchawkami wygłuszającymi. Ale prawdę mówiąc ten huk, to część zabawy. Zabawy, którą rzadko kto doświadczy, więc warto to poczuć w 100%.

Jedną z atrakcji jest również podglądanie tych wszystkich świrów, którzy nie dość, że męczą się samym wchodzeniem, wnoszą tu nie rzadko po 20 kilogramów sprzętu fotograficznego. Po dwie puszki, plus masywne obiektywy. Polecam potrzymać sobie taki sprzęt w rękach przez chwilę. A później pomyśleć o tych wszystkich idealnych, nieporuszonych zdjęciach, które wyszły spod ich rąk. I poprzyglądać się tym świrom jak gładko obracają się z aparatem przy oku z jednej na drugą stronę. A my słyszymy tylko szalejącą migawkę. Strzelają zdjęcia seriami, jak z karabinu maszynowego. Serio to są ciareczki. Wszystko razem wzięte to ciareczki. I polecam z głębi mojego serduszka. 

Tymczasem dołączam obrazkową relację. Część nocna z jakością kalkulatora, ale jest.

Kupamięci ;)

Części stricte pokazowej nie będzie, to zostawiam profesjonalistom!











I jeszcze krótkie migawki z wejścia i przelotów tu KLIK i tu KLIK.


Punkt widokowy Stegastein #Norwegia2020

Jest pięknie w opór. Widoki, miejsce, widzicie to po raz pierwszy w życiu (i pewnie po raz ostatni, bo nie oszukujmy się, kto jeździ w te same miejsca, jeśli jest tyle innych do zobaczenia). Pogoda sztos. Robicie zdjęcia z trzęsącą się ręką, więc trzeba wstrzymać oddech, żeby nie było poruszone (to ja, jak mnie coś pięknego wzrusza). Oprócz super wspomnień, fajnie mieć to jeszcze na papierze, co nie? I wtedy, wizję tego perfekcyjnego zdjęcia rujnuje nastrój latorośli. Wszystko zmienia się o 180 stopni dokładnie w momencie, kiedy wypowiadasz te magiczne słowa: "chodź zrobię Ci zdjęcie". I wtedy  wszystko idzie się jebać. Zwłaszcza nastrój - nasz, ofkors. I chociaż dalej jest pięknie, to odechciewa nam się robić więcej pamiątkowych fot i ostatecznie nawet jedno, jedyne, wymarzone zdjęcie nie dochodzi do skutku.


Ale calm down, oddychamy, nie z nami takie numery. Latorośl zdmuchnęła 10 świeczkę na torcie, więc doświadczenie w temacie fochów mamy całkiem spore.
To co jakimś cudem się pstryknęło, po jakimś czasie zaczyna bawić. Napis na bluzce i to co się dzieje na tej sfochowanej twarzy, jest jak dobry dowcip.
COOL MOOD. Aha, ok, w ten sposób.

Jest kilka fot samego miejsca i teraz rodzina i wszyscy inni muszą uwierzyć na słowo, że tu też byliśmy. Czy Wy też macie milion takich samych zdjęć, a tych rodzinnych, pamiątkowych jest sztuk słownie: jedna?



Dzisiaj cudne widoki. Słońce dawało tak czadu, że wszyscy mrużyliśmy oczy.



Stegastein. Ta spektakularna platforma widokowa unosi się 650 metrów nad Aurlandsfjordem (tym, po którym mieliśmy przyjemność płynąć). W dole widać malutką mieścinkę Aurland, którą mijamy, żeby tu dotrzeć (jest ona też pierwszym przystankiem, na trasie naszego rejsu z Flåm do Gudvangen). I od tego momentu, zaczynają się serpentyny i dość wąska droga. Im wyżej się znajdujemy, tym lepszy mamy widok na turkusową taflę wody. Woda ze swoimi wszystkimi odcieniami turkusu przypomina tańczącą po niebie zorzę. Tu jest tak pięknie, że zapiera dech. Platforma, szeroka na 3 i długa na 30 metrów góruje na fiordem od 2006 roku. Jest wykonana ze stali i drzewa sosnowego, a na samym jej koniuszku, dla podbicia efektu wow, mamy szklaną szybę, która jest lekko nachylona do przodu. Więc teoretycznie można by się na niej położyć i czilować, ale kto jest taki odważny, nie mam pojęcia. Owszem, Blanka się odważyła, ale jak widać na jednym ze zdjęć, kurczowo trzyma się krawędzi. 




















Stegastein ma swój parking, więc spokojnie można tu dojechać, zaparkować i cieszyć się widokami. Można też skoczyć na siku. Do toalety jest zazwyczaj kolejka i ja wam powiem za czym kolejka ta stoi. Tu nie tylko o ulgę się rozchodzi, a o widoki. Tak, widoki z kibelka. Jedna ściana toalety jest przeszklona (spokojnie, nikt nie jest w stanie nas zobaczyć od zewnątrz). W 2015 roku została jej przyznana nagroda najpiękniejszej toalety na świecie, właśnie dzięki temu widokowi. Wcale mnie to nie dziwi. Wcale. 

W połowie drogi do naszego punktu widokowego, mijamy jeszcze zatoczkę, przy której możemy się zatrzymać i bez takich tłumów podziwiać panoramę fiordu. Do tego te soczyście zielone trawy na zboczach, no jak w bajce. 






I jeszcze krótka przejażdżka tu KLIK.