Migawki z Galway, marzec 2019

Ten jeden dzień w Galway, był kompletnie inny niż zaplanowaliśmy. Bo ciężko było zaplanować pogodę. Po pięknych kilku dniach, wielkie chmury zebrały się nad miastem, oceanu nie było widać i na dodatek zaczął lać deszcz. Planów wielkich nie było. Mieliśmy sobie spacerować po Galway, później ruszyć na jedną z pięknych plaż po tej części wyspy. Nic z tego. Spacerowaliśmy chwilę, wypiliśmy kawę, zjedliśmy pizzę. W największej ulewie nadprogramowo wstąpiliśmy do oceanarium (zdjęcia w następnym poście). Ale było fajnie. Tu kilka zdjęć zrobiony w przerwie między jedną a drugą chmurą ;)































wiesz co...włączę głośnomówiący

Blanka bawi się lego i buduje dwa telefony. Bawimy się, rozmawiamy, ale w końcu trzeba iść spać. Proszę, żeby kończyła, składała klocki i maszerowała pod prysznic. Klocki są rozsypane na całej podłodze w salonie, więc chwilę to zajmie. A przy sprzątaniu jak wiadomo wpada do głowy cała masa innych pomysłów. Po kwadransie proszę, żeby się pospieszyła, bo w takim tempie, to północ zaraz wybije.
Minęła chwila i słyszę z pokoju: "no cześć Juleczko! To nie jest odpowiednia chwila na rozmowę. Tak, tak wiem, że dzwonisz tylko na chwilę..."
W tym momencie dławię się swoim śmiechem, wdech - wydech i włączam się do rozmowy. Kolejny raz proszę, żeby jednak kończyła z ta Juleczką, bo noc. Po chwili słyszę: "poczekaj, ta moja mama mi przeszkadza...wiesz co, włączę głośnomówiący żebym mogła sprzątać i rozmawiać".*



Blanka lat 8. Nie ma swojego telefonu, chociaż cholera wie, czy ktoś jeszcze tak nazywa smartfony. Zrobiła sobie za to dwa z klocków lego. Mają mnóstwo bajerów, głośniki i aplikacje. Jak przystało na prawdziwy smartfon - NIGDZIE NIE WIDAĆ CYFR. To chyba już jednak... nie telefon?
Jak na nią patrzę, to widzę cudowną kombinację dziecka unplugged z tym XXI wieku. 






* większość Blankowych powiedzonek zapisuję właśnie w notatniku w smartfonie. Jak tylko mam go pod ręka. Nie chcę, żeby mi uciekły, zwłaszcza, że to często perełki. Zbiorę je później wszystkie i zrobię sobie książeczkę. Tak zrobię. 

Portret psa #BlankaRysuje

Taki psi portret znalazłam w jednym z kilkunastu notesów Blanki. Ten pies, to Figa. Babcia Figa. Jak widać na załączonym obrazku - bez jednego oczka.

Całe swoje życie pchała się na spacerach w krzaki, nabijając sobie w swoją włochatą sierść kłujące bodaki.
(Pisząc to słowo, słownik mnie poprawiał na biwaki a przecież nie o biwaki chodzi. Bodaki to inaczej kłujące osty. Całe swoje życie myślałam, że wszyscy o tym wiedzą, a okazuje się, że ta nazwa jest znana - i to nielicznym, tylko we wschodniej części Polski)
Ale wróćmy do krzaków. Zamiast nich - wieniec kwiecia. Na tę wiosnę która się zbliża, ale dojść coś nie może.

#FigaTheDog


Zachód słońca na Bull Island

Tydzień temu wrzucałam zdjęcia z Howth tu KLIK, było tak pięknie, kolorowo, wcale nie zimno. Dwa dni później w zasadzie o tej samej porze wybraliśmy się z drugiej strony, na North Bull Island. Plaża jest przytulona do Zatoki Dublińskiej, więc jak na dłoni widzimy wszystkie promy, ale również klify na których byliśmy wcześniej i całą górę Howth. Tym razem wiało tak bardzo, że piasek sypał się w oczy i zrywał kaptur z głowy. Za to chmury i kolory na niebie były jak zrobione w Photoshopie. Ostatnie dni, to właśnie takie piękne zachody słońca i jeszcze piękniejsze wschody. 17 stopni i aż nie chce się wierzyć, że dokładnie rok temu, końcem lutego mieliśmy to KLIK.
Chciałabym już wiosnę, oj jak bardzo.












Bog of Frogs Loop czyli nieładna nazwa ale ładne widoki

Bog of Frogs Loop, to jedna z kilku widokowych tras wokół półwyspu Howth. Z racji wspólnych wycieczek z Blanką (i trzeba przyznać dopiero niedawno odkrytej tej atrakcji) nigdy nie przeszliśmy całego szlaku razem. Szacowany czas wycieczki to 2,5 - 3,5 godziny z zaznaczeniem, że mimo iż to nie Everest, szlak jest trudny. Trasa obejmuje 10 kilometrów trekkingu często po skalnych ścieżkach wzdłuż klifu, skarpach, przez torfowiska* niedaleko najwyższego punktu na półwyspie - Ben of Howth (tu kiedyś byliśmy, też na zachodzie słońca KLIK). Warto mieć odpowiednie buty dobrze trzymające stopę, klify to nie asfaltówka na Morskie Oko, choć i tu nie polecam sandałków ;) Coś do picia i coś od deszczu, jednak nie wyobrażam sobie wycieczki na klifach w deszczu, słabo robi mi się na samą myśl.



Cała trasa ma morski charakter. Z widokiem na miasteczko i marinę w Howth, Balscadden Bay w której codziennie rybacy łowią skorupiaki (z samego rana na pewno zobaczymy kutry), na horyzoncie Ireland Eye i lądujące w Dublinie samoloty. Uroczą plażę ukrytą między klifami (tu KLIK) latarnię Baily. Doldrum Bay i kolejną malutką plażę między klifami, na horyzoncie oczywiście południowa część miasta ze szczytami gór Wicklow, słynne kominy i wpływające/wypływające promy z dublińskiego portu. Na samym końcu, zaraz na klifie znajduje się jedna z wielu Martello Tower (wieże obronne z czasów napoleońskich), którą obecnie można za horrendalnie wielkie pieniądze wynająć na airbnb tu KLIK. Nie powiem, chętnie bym w takiej wieży pomieszkała. Myślę, że przy najbliższej okazji "zrobimy" ten szlak, bo bardzo korci. Trzeba tylko czekać aż zrobi się troszkę cieplej. A póki co zdjęcia z wczorajszej wycieczki. Trafił nam się taki  piękny zachód słońca i to dość niespodziewanie, bo przewidywałam deszczowe popołudnie. A tu magia!















Tu mapka trasy, to ten fioletowy szlak KLIK.

*W czasie ubiegłorocznych upałów na wyspie, zbocza półwyspu Howth stawały w ogniu kilkukrotnie. Najgorsza rzeczą jest fakt, że ciężko tu dotrzeć strażakom, a w zasadzie jest to niemożliwe. W takich przypadkach pożary gaszone są z powietrza, co również jest wielkim przedsięwzięciem. Minęło już kilka miesięcy od pożaru, a krzewy i gęste paprocie w niektórych miejscach nadal nie odżyły. Czarna ziemia, czarne gałęzie lub inne, kompletnie ususzone bez ani jednego listka.