Mój #musthave na lato 2019 którego jeszcze nie ma

Ostatnio widziałam, jak - tak na oko, może trzynastoletni chłopiec kupował kawę. Cappuccino z extra szotem kawy. Myślałam że dla mamy kupuje, ale nie. Usiadł z kolegą przy stoliku, pił i po kilku minutach wyrzucił pusty kubek. Nie wiem jak bardzo jestem w tyle, albo co, albo mam amnezję i wychodzi ze mnie stara baba, ale w tym wieku, to ja nawet o kawie nie myślałam. I za Chiny Ludowe nie mogę sobie przypomnieć kiedy w ogóle wypiłam swoją pierwszą. Mamo? Tato? Kto mi zrobił pierwszą kawę?

Pamiętam za to dobrze herbatę. Golden Assam o ta tu klik liściasta w czerwonym opakowaniu i pamiętam, że zdarzało się, że od czasu do czasu owa herbata była nie do wypicia, bo waliła rybą. Nikt nie wiedział czemu, tak po prostu było. Nie dało się tego pić. Jakiś czas temu kupiłam sobie krem do rąk o zapachu herbaty i wcierając go w dłonie, czuję nic innego jak właśnie Golden Assam. Dokładnie tą z czerwonego pudełka (bez ryby). To już moje drugie opakowanie o tym samym zapachu - z sentymentu oczywiście. I żeby wszystko było jasne - ta herbata nawet w swoje dobre (bezrybie) dni nie była królem wśród herbat, była po prostu spoko. Przypominam, to było jakieś sto lat temu (Lipton podawany był na imprezy :D i chociaż uwielbiam mocne herbaty, teraz uważam, że jest gorzki i za cierpki. No ale - kiedyś to było coś).

I tak jak nie pamiętam swojej pierwszej kawy, w ogóle momentu co sobie wtedy o niej myślałam jak jej pierwszy raz spróbowałam, tak pamiętam inne, dziwne rzeczy. Pierwszy raz kiedy babcia dała mi spróbować szpik z kości. Na chlebku i posypany solą. Albo wątróbkę ze smażoną cebulką. Albo jedyna spróbowana przeze mnie łyżka rosołku z flaków. Studzienina - i tu uczucia były mega sprzeczne, bo takie to dobre (koniecznie z octem a nie jakimiś cytrynami!!!) a przed oczami jednak ciągle te świńskie kopytka.
A jak już przy occie jesteśmy, to chyba po raz pierwszy dziadziu dał mi spróbować tego połączenia - zielonych, gruntowych ogórków posypanych tylko solą i pieprzem, ale polanych właśnie octem. Nie żeby to jakieś nie wiadomo co było, ale jednak było. I dalej jest. Wiedziałam, czułam, że ocet to moje przeznaczenie i teraz irlandzkie Fish&Chips to już zawsze z octem. Na podium plasują się również chipsy o tym samym smaku. Nie inaczej.

Albo melon (to chyba był melon), przywiozłaś go Mamo z Izraela, pamiętasz? Jak myśmy wtedy pluły, że  smakuje ogórkiem i że fuj i ble. 
I serek fromage, przywieziony skądś. Mamo? Pamiętasz skąd? Z Anglii? Po którym zostało plastikowe małe pudełeczko i w ramach less waste było stałym elementem w zamrażalniku, raz wypełnione zieloną pietruszką a raz koperkiem. 
Serek zgliwiały, miłość wielka. Jego przeciwieństwem był tzw "ser od baby", na który nawet patrzeć było mi ciężko. Co jest dość zabawne, bo jedynie z "sera od baby" można było zrobić ten zgliwiały. 
Pierwsze curry. Z kurczakiem, bananami, rodzynkami i całymi goździkami, którego smaku nigdy nie zapomnę. Czasami pechowo rozgryzało się goździk, tego momentu bardzo nie lubiłam.

Kostki rosołowe, torebka z przyprawami do zupki chińskiej, magi z zaschniętą, resztką przy dziurce, wiecie - taką skrystalizowaną solą. O mój jeżu. To było życie.
Smalec ze skwarkami, na chlebusiu, posypany solą. No samo zdrowie, proszę państwa. 
Zupa mleczna, sorry mamo, ale no najgorzej. Najgorzej. NAJGORZEJ.

Co jest dość zabawne, bo pamiętam jak babcia zrobiła kiedyś kluseczki z kaszy kukurydzianej, właśnie na mleku i to było niebo. Czysta magia. Wspaniałości.

Albo zupa wiśniowa. Wiem już, że nigdy więcej nie chcę robić owocowych zup.
Oranżada Wysowianki w szklanych butelkach na kaucje.

I ostatnie moje odkrycie - sos rybny. Ciężko to opisać dlaczego tak go lubię, bo najzwyczajniej w świecie wali starymi, przepoconymi skarpetami, noszonymi codziennie po 12 godzin w środku upalnego lata w ohydnych, gumowych, śmierdzących trampkach.
Taki jest sos rybny prosto z butelki.
Bo sos rybny w bulgoczącym woku pełnym curry jest najczystszą poezją i nie chce mi się wierzyć, że kiedyś je robiłam bez tego sosu. Sos rybny to złoto.

I jak widać na załączonych obrazkach (poniżej) jedyna miłość, najdłuższa bodajże - nic się nie zmieniło przez tyle lat, to miłość do koloru różowego i jego pochodnych. Tak. Różowy. Ostatnio okazało się, że złoty jakby trochę też, ale tylko w parze z różowym.

• No więc kubek jest od #endeceramics pięknie matowy z zewnątrz i błyszcząco złoty w środku. Uszko wygląda jak zaplątane gumki do włosów. Jest taki bardzo dla mnie. Sprawiłabym sobie może na dzień dziecka?

• Flakonik perfum to #rituals i FLEURS de L'HIMALAYA. Pachną obłędnie, to był mój prezent na dzień matki. Już sama wizyta w salonie Rituals to czysta przyjemność dla zmysłów.

• Spodnie od #miszkomaszko. Polowałam na t-shirt z gołymi babami, ale rozeszły się chyba w 5 minut. Spodniom nie odpuściłam, to taki prezent od siebie dla siebie. Za dobre sprawowanie ;) będą wspaniałą parą dla moich letnich syren na spódnicy Miszko sprzed kilku sezonów.

• Pleciona torebka w rzeczywistości ma bardziej różowy kolor niż na zdjęciu. Fajne jest to, że można ją nosić na ukos, a ten sposób jest dla mnie najwygodniejszy. Oczywiście coś, co nie jest przekombinowane, zawsze znajdę w #h&m.

Do zestawu z torebką i również z #h&m wybrałam espadryle, w bardzo delikatnym pudrowym różu. Całkiem płaskie, bez koturn. Teraz się zastanawiam, czy rozmiarówka jest true to size, czy jednak będę miała przygody z wymianami na odpowiedni rozmiar. 

Przedostatni jest krem, a raczej esencja. jestem beznadziejnym przypadkiem, który daje się naciągnąć na te wszystkie chwyty jak "odmładzająca esencja". Ale o #resibo dużo się naczytałam i nasłuchałam, że chciałabym spróbować, zwłaszcza że oprócz odmładzania :D mają świetne składy. W czerwcu wrócą ze mną z Polski do Irlandii. 

Last but not least - nowa, świeżutka książka Nigela Slatera (RÓŻOWA!!!) Kolejna po Christmas Chronicles, obowiązkowa pozycja dla wielbicieli jego opowieści rodzinno-kulinarnych. Ja uwielbiam. 1 część #Greenfeast, Spring, Summer ukazała się w księgarniach kilka dni temu. Przepisy bez mięsa i ryb, po prostu co robić z sezonowymi warzywami. Bardzo jestem ciekawa. 


Zdjęcia pochodzą ze stron: endeceramics.pl, • hm.ie, • miszkomaszko.shoplo.com, resibo.plrituals.com, • amazon.co.uk

Bray Head Cliff Walk na Wielkanoc 2019

Wielki tydzień był dla nas wyjątkowy pod wieloma względami. Mieliśmy u siebie Babcię i Dziadzia, piękną, iście wiosenną pogodę, piknik nad morzem i spacer nad oceanem oraz całą masę dobrego jedzenia. Nie pamiętam kiedy było tak dobrze. A wczoraj, na wyspę zawitał sztorm Hannah.
Nie wierzę, że ta piękna pogoda była przypadkowa ;)

Dzisiaj zdjęcia z wycieczki do Bray. Wycieczki pociągiem, a do tego na gapę, bo maszyna z biletami była popsuta. Ostatecznie bilety kupiliśmy po przejażdżce, na stacji końcowej. Wracało nam się już zdecydowanie spokojniej ;)
















Migawki z Galway, marzec 2019

Ten jeden dzień w Galway, był kompletnie inny niż zaplanowaliśmy. Bo ciężko było zaplanować pogodę. Po pięknych kilku dniach, wielkie chmury zebrały się nad miastem, oceanu nie było widać i na dodatek zaczął lać deszcz. Planów wielkich nie było. Mieliśmy sobie spacerować po Galway, później ruszyć na jedną z pięknych plaż po tej części wyspy. Nic z tego. Spacerowaliśmy chwilę, wypiliśmy kawę, zjedliśmy pizzę. W największej ulewie nadprogramowo wstąpiliśmy do oceanarium (zdjęcia w następnym poście). Ale było fajnie. Tu kilka zdjęć zrobiony w przerwie między jedną a drugą chmurą ;)































wiosenne magnolie 2019


nic dodać nic ująć ♥

wiesz co...włączę głośnomówiący

Blanka bawi się lego i buduje dwa telefony. Bawimy się, rozmawiamy, ale w końcu trzeba iść spać. Proszę, żeby kończyła, składała klocki i maszerowała pod prysznic. Klocki są rozsypane na całej podłodze w salonie, więc chwilę to zajmie. A przy sprzątaniu jak wiadomo wpada do głowy cała masa innych pomysłów. Po kwadransie proszę, żeby się pospieszyła, bo w takim tempie, to północ zaraz wybije.
Minęła chwila i słyszę z pokoju: "no cześć Juleczko! To nie jest odpowiednia chwila na rozmowę. Tak, tak wiem, że dzwonisz tylko na chwilę..."
W tym momencie dławię się swoim śmiechem, wdech - wydech i włączam się do rozmowy. Kolejny raz proszę, żeby jednak kończyła z ta Juleczką, bo noc. Po chwili słyszę: "poczekaj, ta moja mama mi przeszkadza...wiesz co, włączę głośnomówiący żebym mogła sprzątać i rozmawiać".*



Blanka lat 8. Nie ma swojego telefonu, chociaż cholera wie, czy ktoś jeszcze tak nazywa smartfony. Zrobiła sobie za to dwa z klocków lego. Mają mnóstwo bajerów, głośniki i aplikacje. Jak przystało na prawdziwy smartfon - NIGDZIE NIE WIDAĆ CYFR. To chyba już jednak... nie telefon?
Jak na nią patrzę, to widzę cudowną kombinację dziecka unplugged z tym XXI wieku. 






* większość Blankowych powiedzonek zapisuję właśnie w notatniku w smartfonie. Jak tylko mam go pod ręka. Nie chcę, żeby mi uciekły, zwłaszcza, że to często perełki. Zbiorę je później wszystkie i zrobię sobie książeczkę. Tak zrobię.