Złote godziny na szczycie Półwyspu Howth


Zachód słońca o 21:55. Wieje wiatr, ale słońce świeci bardzo mocno i nie ma ani jednej chmurki. Jest przepięknie. Na niebie rozlewa się cała paleta odcieni pomarańczu, czerwieni i różu. Z każdą minutą jest inaczej, z innym kolorem, to złoty czas i słońce znika za horyzontem na naszych oczach.


Pierwszy raz jesteśmy w tym miejscu przy zachodzie słońca. To najwyższy punkt Półwyspu Howth. Można tu dojechać samochodem, lub dojść na piechotę. Nie jest stromo, ale można się zmęczyć. Stąd ma się wrażenie, że półwysep jest niemal z każdej strony otoczony wodą, a my jesteśmy na wysepce. Rozglądamy się dookoła i mamy jak na dłoni zatokę dublińską z kominami elektrowni Poolbeg, góry Wicklow, dalej na prawo calusieńkie miasto, schowaną za klifami nasadę półwyspu i tu zaczynają się plaże Howth, Portmarnock, Malahide. Przy dobrej widoczności można dostrzec góry Mourne w hrabstwie Down, w Irlandii Północnej. No i w dole, tak dobrze nam znane miasteczko Howth z dwoma wysuniętymi w morze molami i zatoką pełną jachtów. Stąd mamy też świetny widok na lądujące samoloty. A lądować w takich okolicznościach przyrody - obłęd (w ogóle lądować w Irlandii bez gęstych chmur/deszczu/wichury to naprawdę sukces! Ale takie mamy lato ;) Zdjęcia nawet w połowie nie oddają tego, co się działo na niebie. Szkoda. 

Musicie uwierzyć, że było przepięknie.










Bye Bye school! Koniec pierwszej klasy i tutorial DIY na lody z papieru

28 czerwca, minęło dokładnie 4 miesiące odkąd na wyspę zawitała śnieżna, mroźna zima. Na instagramie wstawiłam zdjęcie białego Malahide. Byliśmy w szoku, że to się dzieje na prawdę. Padał śnieg, robiły się olbrzymie zaspy, których nikt nie usuwał bo nie było czym, szalał sztorm i było po prostu zimowo jak nigdy wcześniej.

Po drodze, przez 2 - 3 miesiące żartowaliśmy, że jak zima przyszła, to może i lato do nas zawita. Żartowaliśmy, ale każdy miał nadzieję. 
I co się okazało? Że prawie od początku maja, mamy piękną, najpierw wiosenną a teraz iście letnią pogodę. Mapa Irlandii w prognozie pogody wygląda tak, jakby pokazywała Polskie lato, a nie to tutejsze z temperaturami sięgającymi nawet 32 stopni. Tak, ja dalej jestem w szoku. 


Oczywiście wszystko ma swoje minusy, bo susza już sieje spustoszenie. W ciągu dwóch dni, w górach Wicklow wzywano straż pożarną aż 42 razy.  Palą się torfowiska. Śmigłowce wojskowe gaszą pożary z powietrza. Półwysep Howth, na który tak uwielbiamy jeździć, też jest z wypalonymi czarnymi przestrzeniami. Palą się parki miejskie. Trawniki i skwery, gdzie w zasadzie cały rok trawa jest pięknie zielona, są wysuszone na wiór, że bardziej przypominają te hiszpańskie niż irlandzkie. 
Od dzisiaj, na razie do poniedziałku - wprowadzony jest zakaz podlewania kwiatów, mycia okien, napełniania basenów przydomowych, itp wodą z wodociągów. W całym kraju, zgłaszane są awarie w dostarczaniu wody. To jest kolejny irlandzki szok w tym roku, zaraz po bestii ze wschodu, o której pisałam tu KLIK.
I choć jest cudnie, bo sukienki, sandałki i opalone nosy, to duchota z naturalnie wysoką wilgotnością powietrza dają w kość. A słońce, grzeje mocno, aż piecze skóra. 

I w takim słonecznym dniu, z niebem bez ani jednej chmurki, Blanka kończyła 1 klasę. Podskakiwała z nóżki na nóżkę, z uśmiechem od ucha do ucha (ciągle bez jednej jedynki na górze). Piękniejszego zakończenia roku nie mogła sobie wymarzyć. 

W ramach słodkiego prezenciku, dopasowując się do aktualnej sytuacji pogodowej, zrobiłyśmy z Blanką pudełeczka w kształcie loda w rożku, a do środka włożyłyśmy słodkie co nieco. 
Lody mogą być super pomysłem nie tylko na zakończenie roku, ale na letnie urodziny, imprezki, garden party lub jak pada deszcz (w końcu kiedyś musi) jako przerywnik podwórkowych zabaw. Na dole załączam szablon do wydrukowania, pudełeczko + gałka + polewa. Wystarczy wydrukować, wyciąć i skleić. My swoje rysowałyśmy na kolorowym brystolu, sztywniejszy papier obowiązkowy!  Nasz dostał jeszcze ozdobny, okolicznościowy banerek. W środku zmieścił się lizak, mały twix i krówka.






Happy Out (in Dublin) czyli kawa w plenerze

Irlandczycy uwielbiają być gdzieś, z kimś, jeść i bawić się. Rano, po wyjściu z domu przed pracą, kupują kawę na wynos. Poranny jogging często ma przerwę na kawę, lunch je się 'na mieście' a w godzinach porannych lub właśnie południowych, kafejki i bary sałatkowe, są pełne ludzi.
I choć nasze lunche to bardziej drugie śniadania, a tutejsze kolacje to nasze obiady, to na kawę zawsze jest pora. Oprócz sieciowych kafejek, jak grzyby po deszczu rosną małe miejsca z klimatem, gdzie króluje kawa i coś na ząb a przede wszystkim dłuuugie kolejki. 

My też mamy swoje ulubione miejsca, na spacery. Jednym z nich jest wspominana kilka postów wcześniej Bull Island (tu KLIK). To miejsce, to najbliższa plaża dla centralnego Dublina. Można na nią wjechać samochodem, przejeżdżając przez drewniany mostek, o szerokości jednego samochodu i wąskiego 'chodnika' dla pieszych - ostatecznie to wyspa (w czasie przypływu z drżeniem nóg przez niego przechodzimy). Pływy morskie odsłaniają w tym miejscu brzydkie, muliste dno, ale przypływ szybko to naprawia. To niesamowite, ale wyspa ma takie miejsca, gdzie różnica w przypływach i odpływach może doszczętnie zrujnować widok. Tu zanim przekroczymy most, potrafi też nieźle...pachnieć. Na lewo, mamy pola golfowe (irlandzki standard, jest ich dużo i chyba każda dzielnica ma swoje), na prawo zatoka i widok na Dubliński port, z kominami elektrowni Poolbeg, tu horyzont zamykają szczyty gór Wicklow. Horyzont po lewej stronie i na wprost mostu, to zatoka Dublińska z wypływającymi i wpływającymi do miasta promami, oraz plażą Dollymount. Betonowe molo, którym kontynuuje się spacer wgłąb morza, zwieńczone jest posągiem Realt na Mara - Maryi, Królowej Morza. 

I to właśnie tu, przed wejściem na plażę ktoś wpadł na genialny pomysł, żeby postawić kontener, a w nim zrobić mini kawiarnię z opcją dobrego tosta na śniadanie, croissanta i oczywiście świeżo parzoną kawę. A jak ktoś robi jeszcze na niej piękne wzorki, to ja jestem w niebie (wiem, wiem to głupie). Psiaki też skorzystają z przygotowanej wody, na wynos dostaniemy też kawowy kompost, a jeśli znudzi nam się chodzenie, to są ławki i koce na chłodniejsze dni. Wszystko jest bardzo proste ale sprawdza się mega dobrze. W ciągu tygodnia, z samego rana, miejsce idealne na randki. Mało ludzi i wolne ławki, a przy ładnej pogodzie, extra widoki na morze, kurczę jest super. 
Nazywają się Happy Out i faktycznie wesoło jest tam być.




















Dziecko u Astrid Lindgren na #DzieńDziecka2018

„Czas leci i człowiek zaczyna się starzeć. Na jesieni skończę dziesięć lat, a wtedy ma się już najlepszy okres w życiu za sobą”.
Tak Mówiła Pippi Pończoszanka. 
Prawdy w tym jest tyle co stąd do nieba. Ale o tym mogła wiedzieć tylko Pippi, no i Astrid. 
T-shirt Blanki to ostatnia kolekcja H&M dla UNICEF. A na nim inne mądre słowa od Astrid. Nie można było celniej na dzień dziecka. 
W tłumaczeniu na polski:
"Dajcie dzieciom miłość, o wiele więcej miłości, a wtedy dobre maniery same się pojawią".







I jeszcze trzy cytaty z ukochanej Lotty z ulicy awanturników. To dzieciństwo unplugged. Rodzeństwo, a zwłaszcza mała Lotta tak podnoszą ciśnienie rodzicom i wspomnianej we fragmentach cioci Berg, aż łzy w oczach stają. Ze śmiechu oczywiście. A tego, jest tutaj pełno na wszystkich 155 stronach. Książka jest pięknie wydana z cudownymi ilustracjami Ilon Wikland, do niej wracamy co chwilę. Blanka sama czyta i śmieje się za każdym razem, chociaż tekst zna już niemal na pamięć. Jeśli jest ktoś, kto nie zna Lotty, to mu zazdroszczę, tyyyle przyjemności do odkrycia!




Jak zrobić różę ucierana z cukrem? Przepis + pachnące zdjęcia.


Tak jak maj zawsze mi się kojarzył z konwaliami i bzem, tak czerwiec z piwoniami. Pięknymi jędrnymi główkami kwiatów, które po chwili pękają i z tego małego bąbla rozwija się królową czerwcowych działek. A najpiękniejsza jest ta w pięknym jasnoróżowym odcieniu. Z reszta czy to nie wspaniałe, że najpiękniejsze letnie kwiaty maja właśnie wszystkie odcienie różu

Od piwonii moje myśli mają jedyny słuszny tor. A ten wiedzie przez działkę do Babci Heli. Bo Babcia Hela, to właśnie zapach piwonii. Piwonie, przez swój słodko różany aromat, przypominają mi jeszcze jedną rzecz, która wiąże się i ze wspomnianą wcześniej Babcia Helą i z działką i z moim ulubionym różowym kolorem.



Mam na myśli płatki dzikiej róży ucierane z cukrem.
Ten smakołyk był w zasadzie stałym punktem sezonu na zamykanie lata w słoikach. Żeby później wylądować w kruchych rogalikach, które posypane cukrem znikały w ekspresowym tempie.
Babcia Hela, kręciła róże w makutrze, a ja później miałam wrażenie, że dziurkowane wnętrze naczynia na zawsze będzie już pachnieć różą. Zamykana w słoikach z podpisem "róża 93" wykonanym na taśmie klejącej 'gęsia skórka', lądowała w piwnicy, by w przypływie wielkiej chęci na rogaliki lub pączki, wrócić z powrotem do kuchni. I tak ją pamiętam. 

Tydzień temu, wracając z zakupów inną drogą niż zwykle, zostałyśmy złapane w pachnącą pułapkę.  Ciężko było przejść i nie sięgnąć po te słodkie, ciemno różowe płatki. Blanka na hasło zrywamy! nie patrząc na kolce (o dziwo) wzięła się do zabawy. Ostatecznie, nieoczekiwane zbiory obłędnie pachnących płatków wylądowały w papierowej torebce z croissantami.



I chociaż pracy przy niej jest sporo, nie wyobrażam sobie że mogłabym z niej zrobić coś innego, niż różę ucieraną z cukrem. Jest najwspanialsza. Idealna do rogalików, pączków, mazurków, itp, ale jak powiedziała niecierpliwa Blanka zaraz po wypełnieniu 1 słoiczka konfitury - chętnie by ją zjadła na bułeczce z masełkiem. Od razu. Ja chyba też.

Płatków było dokładnie tyle, by wypełnić 200 gramowy słoiczek po solonym karmelu. Dużo, bo zawartość bardzo cenna, ale jednak za mało, by nacieszyć się nią na jakiś czas. Następnego dnia, pachnące płatki zrywałyśmy nad samym morzem, z wydm na których rośnie pas różanych krzewów. Również nieprzygotowane, bez koszyczków lub torebek, upychałyśmy kwiaty w kieszenie, żeby później skakać w popłochu, bo oprócz róży, w kieszeniach były tez szczypawki. 
Tego dnia, w domu powstał drugi słoiczek konfitury. Nieco ciemniejszy i bardziej fioletowy niż poprzedni. Ale obydwa z turbo pachnącym wnętrzem. 

Nie wiem jak to się stało, ale kolejny dzień to kolejne zbiory. Wpadłyśmy w kompletny szał. Blanka mimo swoich olbrzymich uprzedzeń przed wszystkim, ale tak dosłownie wszystkim, co mogłoby ją ukłuć, stała w krzakach i mimo krótkiego rękawku, sięgała po kolejne i kolejne i kolejne płatki. 
Tego dnia, powstał trzeci słoiczek konfitury.
Czy to już szaleństwo?


Również tego dnia obiecałam sobie, że już więcej tamtą droga nie będziemy chodzić. Zabawa z różą zostaje tylko dla mnie, a ta pochłania ogrom czasu. 
W sumie to nie wiem czy tak będzie, to może i żmudna robota, ale cudownie pachnąca. No i rogaliki z własnoręcznie zrobiona różą to przecież nie kupne croissanty z Lidla a smakołyk godny eleganckiego espresso w ramach podwieczorku.

Przepis

Przepis na różę ucierana z cukrem jest banalnie prosty. Uzbieraną wcześniej różę oczyszczamy z resztek listków, szczypawek (jeśli ktoś miał szczęście tak jak my) lub innych lokatorów. Można delikatnie opłukać a później osuszyć. Teraz zaczyna się największa zabawa:

• część monotonna, choć lekka - należy odciąć białe końcówki płatków. Jeśli je zostawimy, konfitura może być gorzka, a tego nikt nie lubi. Ja robię to nożyczkami, jest najwygodniej. W to zadanie najlepiej zaangażować dzieciaki. Ale uprzedzam, że po setnym płatku zaczynają czuć, że dały się sfrajerować i zostawiają Was na lodzie. Trudno, dobre i te sto płatków. Ale pachną przyjemnie, więc nie ma co AŻ TAK narzekać ;)
• po obcięciu wszystkich płatków, należy je zważyć. Wagę płatków podwajamy i wychodzi nam ilość cukru, która będzie potrzebna do ucierania konfitury (czyli np mamy 200g róży i 400g cukru).
• sok z cytryny, ilość: trochę.
• część monotonna, ale wymagająca siły - różę przekładamy do makutry i dosypujemy cukier, a później baaardzo dłuuugo ucieramy drewnianą kulą. I teraz pytanie kto ma jeszcze w domu makutrę, albo lepsze - kto w ogóle wie co to jest? KLIK Ja nie mam, więc ucieram mikserem ręcznym, a do mieszadła doczepiam płaską nakładkę, która ładnie rozetrze różę z cukrem. Jak się zmęczymy, to i tak ciągle jesteśmy na początku. Cukier musi się ładnie połączyć z płatkami, a płatki powinny się  całkiem rozpaść. Ja swoją kręciłam dobre 10 minut. W międzyczasie wyciskamy sok z cytryny. Sok utrwali piękny, różany kolor.
• jeśli wydaje nam się, że konfitura jest za rzadka, spokojnie można dosypać cukru. Oczywiście od początku wiadomo, że konfitura nie jest zdrową przekąską. Jest smaczna, pyszna i cudowna. Nie jemy jej łyżeczkami codziennie. A dodatkowo patrząc na krótki żywot róży na krzewach i jej (nie)dostępność, to dosłownie kropelka słodkości w naszym życiu.
• gotową różę przekładamy do wyparzonych słoiczków i zakręcamy. Nie trzeba pasteryzować. Taka ilość cukru dobrze zakonserwuje, a w ogóle istnieje wielkie prawdopodobieństwo, że róża nie wytrzyma  do zimy. 
Ja swoja trzymam w lodówce. 
• po paru dniach, jak się przegryzie jest idealna do nadziewania wspomnianych już rogalików, pączków... 
...no i zaczęła mi lecieć ślina.

Teraz już tylko zostały zdjęcia. One na prawdę pachną. Prawda, że czujecie?