Glencar Waterfall, czyli jedziemy na ten słynny wodospad.

Wycieczkę na wild wild west Irlandii, planowaliśmy... wróć - nie planowaliśmy prawie w ogóle. Zawsze wydawało mi się że to daleko, żal było urlopu na takie niepewne przygody. A niepewność na wyspie tyczy się pogody. Bardziej pewnym można być tego, że wszystkie te cuda natury podziwiać będziemy zza szyby samochodu. Więc wycieczki planujemy z wyprzedzeniem jednodniowym, a najlepiej kiedy wstaniemy rano, rozeznamy się w pogodzie i ruszamy tam, gdzie najładniej i nie pada. Met Éireann - główny irlandzki serwis meteorologiczny to chyba najbardziej rzetelna strona pogodowa. Na niej sprawdzamy co w trawie piszczy i wtedy ruszamy. Polecam. Zaznaczam, że wszystkie te długoterminowe pogody na interiach, onetach i innych takich to jak wróżenie z fusów. Tu tego nie ma. Jest za to 3 dniowa i moim zdaniem o dwa dni za długa ;)



Tym razem, dzień wcześniej miało być ładnie, w dzień wycieczki ładnie miało być dopiero po 13, a wyszło jak zwykle. Chociaż i takie deszczowe wycieczki mają swój urok. Napełniając termos herbatą z sokiem malinowym ruszyliśmy na zachód. 
Kiedy ledwo wyjeżdżając z miasta spotkaliśmy się ze ścianą deszczu, ale tak naprawdę ŚCIANĄ, to stwierdziliśmy, że nic nam nie straszne, dzień wolny i tak zaklepany, a i ostatecznie wszystkie nasze buty są nieprzemakalne. Siedzenie w domu z netflixem jest miłe, owszem ale ile można. 

Pierwszym naszym punktem jest Wodospad Glencar. Chyba najpopularniejszy wodospad w hrabstwie Leitrim. Docieramy tu z Dublina po około 2 godzinach i 40 minutach. Droga prowadzi nas przez hrabstwa Meath, Cavan, przez chwile zahaczamy nawet o północnoirlandzkie hrabstwo Fermanagh i wjeżdżamy w Leitrim. Tu, zatrzymujemy się przy urokliwym jeziorze polodowcowym Glencar Lake, parę kroków, słyszymy szum potoku, czyli że to już? Już tuż tuż, ale przed ucztą dla ducha, uczta dla brzucha ;) Polecana w internecie mini kawiarenka okazuje się obowiązkowym przystankiem dla wszystkich odwiedzających to miejsce. To w rzeczywistości kontener, specjalnie zaaranżowany na visitors center Glencar Teashed - tak nazywa się to miejsce. Jedliśmy tutaj wspaniałe scony (wypiekane na miejscu) z - uwaga - bitą śmietaną i dżemem a do tego polane były białą czekoladą. Obłęd. Tona cukru ale co tam, nie takie rzeczy się jadło ;) Tu zaopatrzymy się też w całą masę ulotek informacyjnych o regionie, skorzystamy z toalet a to w całodniowych wycieczkach (z dziećmi zwłaszcza) stały punkt programu.





W lecie i bez deszczu musi tu być mega przyjemnie. Przesuwne oszklone ściany kontenera otwierają się na widoki, a wierzcie mi, jest co podziwiać. Jezioro po drugiej stronie ulicy, wznoszące się dookoła niego góry i szum potoku. Miodzio. Mamy też do dyspozycji na świeżym powietrzu stoliki i krzesła, plac zabaw i masę ogrodzonego od ulicy miejsca dla gości. Warto i polecam. My tu wrócimy na pewno.




Ale wróćmy do atrakcji numer jeden. Wodospad. Trzeba zaznaczyć, że w momencie naszego przyjazdu deszcz przestał padać - taka niespodzianka. Jednak ostatnie dni były obfite w deszcz, o czym świadczy rwący potok ponad którym przechodzimy. Woda szumi i pluska. Udając się w górę, tuż za kawiarnią po kilku krokach dostrzegamy cel naszej wycieczki. Świetnie przygotowane miejsce dla turystów, ścieżki, schodki i poręcze, ale wszystko nie nachalnie, bez niszczenia dzikiego charakteru tego miejsca. 15 metrowy wodospad może i nie jest Niagarą, ale w otoczeniu takiej soczystej zieleni, oblepiającej wilgoci i plątaniny drzew (jeszcze bez liści), bluszczy i chodników z różnistych mchów jest magicznie. Tak bardzo po Irlandzku, a wodospad po deszczowych tygodniach zaprezentował się z całą swoją mocą. Było super głośno i super pięknie. Ścieżka prowadzi nas wyżej wodospadu, dalej przez zieloną alejkę z wszystkimi odcieniami zieleni i sprowadza na dół, do punktu początkowego przy kawiarni.











Wyjeżdżając na główna drogę, jezioro i unoszące się nad nim wzgórza mamy jak na dłoni, taki pocztówkowy widok. Zatrzymujemy się na zdjęcia co chwilę. Ciężko odpuścić, tu jest tak pięknie. Okazuje się, że wodospadów jest jeszcze kilka, wypływających jakby z chmur, czyli znikąd. Te niskie chmury liżące szczyty gór to jakaś magia. Nie jakaś - irlandzka.  




17 marca, dzień Św. Patryka. Co ma z tym wspólnego trójlistna koniczyna i 40 innych ciekawostek z Irlandią w tle.


Lá fhéile Pádraig sona dhaoibh! ☘
czyli... Wesołego dnia Św. Patryka!

1. Irlandia to nasz drugi dom, tu wychowuje się Blanka. Aisling, Róisín i Niamh to jej koleżanki. To ostatnie imię za cholerę nie zgadniecie jak przeczytać - podpowiadam ['ni:əv] a już po ludzku NIIW z długim i. Róisín [ɾˠoːˈʃiːnʲ] to też imię znanej i świetnej irlandzkiej piosenkarki, Róisín Murphy (jej nazwisko jej najpopularniejszym na wyspie) a czytamy je ROSZIIN też z długim i
Tutejszymi imionami można połamać język, a na czasie (tym filmowym, oscarowym) jest Saoirse Ronan, irlandzka aktorka. Kompletnie nie wiadomo jak to ugryźć sao ... co? Nie, to SIRSZA.

2. Dublin w którym mieszkamy, w języku irlandzkim (który jest drugim urzędowym językiem na wyspie) brzmi tak: Baile Átha Cliath [bˠalʲə a:həklʲiəh]  i znaczy ... "miasto brodu z trzcinowymi płotami” (nigdy ich nie widziałam ;).

3. Dla odwiedzających wyspę po raz pierwszy, zaskoczeniem będzie fakt, że wszystkie nazwy miast i drogowskazy, zaczynając już od dublińskiego lotniska pojawiają się w dwóch językach. Na zielono będzie się zatem świecić neon 'Dublin' i 'Baile Átha Cliath'. W dzień taki jak dzisiaj, dostaje dodatkową oprawę i zielone światła w kształcie koniczynek oświetlają nowy terminal. Wróćmy jednak do podwójnych nazw. W autobusie, pociągu i tramwaju nagranie poinformuje nas o następnej stacji również po irlandzku. Dokumenty z urzędów dostajemy również w dwóch językach i wypełniamy tę, która nam odpowiada. 

4. Język irlandzki według konstytucji irlandzkiej, jest pierwszym, przed angielskim językiem urzędowym w Irlandii. A od 2007 roku, Unia Europejska uznała go za jeden z 23 języków wspólnoty. Mimo wszystko, Irlandia jest głównie anglojęzyczna a język irlandzki pełni bardziej rolę kulturową. Nie ma na wyspie ludzi, którzy posługiwaliby się jedynie irlandzkim, nie znając angielskiego. Za to największe skupiska ludności posługujące się irlandzkim są na zachodzie wyspy. To okolice Galway irl. Gaillimh, Sligo irl. Sligeach i Donegal irl. Contae Dhún na nGallW szkołach, dzieci uczą się irlandzkiego obowiązkowo już od pierwszej klasy. 

5. Wyspa choć mała, ma w sobie mnóstwo pięknych miejsc i do tego ich nazwy są jak wyciągnięte prosto z baśni. Przyjeżdżając do Irlandii odwiedzimy Groblę Olbrzyma  irl. Clochán na bhFómharach (KLIK), Klify Moherowe irl. Aillte an Mhothair (KLIK & KLIK), przespacerujemy się Mrocznym Szpalerem, odwiedzimy Pierścień Kerry  irl. Mórchuaird Chiarraí i przejedziemy się z północy na południe dziką drogą Atlantyku Slí an Atlantaigh Fhiáin (KLIK). Wspaniale, prawda?


Co takiego ciekawego można tu jeszcze zobaczyć?

6. Wyspy Skellig Michael - irl. Sceilig Mhichíl, to m.in. tu kręcono ostatnie dwie części Gwiezdnych Wojen, północna strona wyspy jest naszpikowana spotami dla fanów Gry o Tron.


7. Stocznia w Belfascie  irl. Béal Feirste, zbudowała jeden z najsłynniejszych statków pasażerskich na świecie - Titanica. 


8. Najbardziej wysunięty na południe punkt w Irlandii, półwysep Mizen Head - irl. Carn Uí Néid, to ostatni fragment europejskiego lądu widziany ze statków płynących do Ameryki. Tam, możemy się przespacerować mostem zawieszonym między klifami i spojrzeć w dół jakieś 46 metrów. Tu KLIK pisałam o nim więcej.


9. Jeśli już przy mostach jesteśmy, to jest jeszcze jeden, który dostarcza chyba bardziej ekstremalnych przeżyć. Zawieszony 30 metrów nad wodą, łączy ląd z malutką wysepką Carrickarede irl. Carraig a' Ráid .Wszystko byłoby całkiem zwykłe, gdyby nie to, że to most linowy. Więc...czujecie już to bujanie co nie? Stąd można dostrzec kolejną małą wysepkę Rathlin a nawet Szkocję. Bowiem ten most, znajduje dokładnie po przekątnej od tego na Półwyspie Mizen Head (punkt 8).


10. W górach Wicklow - irl. Cill Mhantáin, jezioro Lough Tay - irl. Loch Té, przypomina słynny irlandzki trunek, z piękną kremowa pianką - plażą. Potocznie nazywane jeziorem Guinessa. Tu KLIK, KLIK, KLIK trochę Guinessa i otaczających jezioro gór.

11. Skoczmy znowu na zachód w okolice Galway. Najpiękniejszy zachód słońca jaki tu widzieliśmy, do tego nad Oceanem zobaczycie w Salthill. Niebo było we wszystkich odcieniach pomarańczu, różu i fioletu. Promenada nad oceanem jest idealna do wieczornych spacerów.


12. Natomiast o dziewczynie z Galway śpiewa Ed Sheeran. W teledysku, kręconym właśnie tam, tańczy w pubie razem ze wspomniana wcześniej Saoirse Ronan . W serwisie YouTube wersja lyric video ukazała się dokładnie rok temu, 17 marca w dzień Św.Patryka. 


13. Będąc w Irlandii nie można oczywiście nie spróbować Fish&Chips, koniecznie z octem i koniecznie nad morzem. Jedyna wskazówka, która przychodzi mi do głowy to ... uważajcie na mewy. One naprawdę nie mają hamulców, potrafią wyrwać jedzenie z ręki a nawet ust. Są olbrzymie i szybkie, drą się wniebogłosy a w słynnym przybrzeżnym miasteczku Howth, gdzie Fish&Chips smakują najlepiej, robią już dosłownie co chcą.


14. Jeśli było coś o jedzeniu, to teraz może o piciu. Słowo klucz - Prohibicja. Od poniedziałku do soboty od 10:30 do 22. A w niedziele od 12:30 do 22. W tych godzinach możemy kupić alkohol na wyspie. Nie wiem jak bardzo źle musiało tu być kiedyś, że wprowadzono taki przepis. Bo nie widzę żadnego innego wytłumaczenia na takie ograniczenia. Widziałam za to czasami ogłoszenia dodane o północy na fejsbukowych lokalnych stronach. Cytuję: "ma ktoś poratować 0,75? Dublin centrum, z dowozem, pilne". No. Na zdrowie!


15. Żeby w ogóle dostać się na wyspę mamy dwie możliwości. A ta najprostsza, najszybsza i najtańsza to samolot. Jak samolot, to można jedną z dwóch irlandzkich lini lotniczych. Ryanair i AerLingus. Obie urodziły się w Irlandii ale różnią się od siebie chyba wszystkim. Komfortem, ceną i terminalem na lotnisku, z którego dokonujemy odprawy. W przeciwieństwie do AerLingusa, Ryanair jest automatycznie kojarzony z twarzą. Twarzą swojego kontrowersyjnego dyrektora, który po równo jest kochany co nienawidzony. A po ostatnich rewelacjach z tragicznymi warunkami pracy pilotów, bardziej chyba nienawidzony. Tak czy siak, to właśnie dzięki temu panu który stworzył możliwości taniego podróżowania, Irlandczycy mogli za niewielkie pieniądze ruszyć na Stary Kontynent. Ryanair w swoim logo ma harfę, nawiązuje do harfy w herbie Irlandii i wygiętego w łuk anioła, który jakiś czas temu chyba zmienił się w kobietę, gdyż dostał... większy biust. 

Natomiast AerLingus, ze swoimi zielonymi kolorami, posiada trójlistną koniczynę, tak bardzo kojarzoną z Irlandią. No ale z jakiego powodu koniczyna? 

16. Według legendy, Święty Patryk zerwał zieloną łodyżkę koniczyny z której odchodziły trzy listki, to one miały zobrazować istotę Trójcy Świętej. Koniczyna jest często wykorzystywanym motywem na wyspie, między innymi widnieje w odznakach irlandzkiej policji.


17. Aaa, może zostańmy przy policji, która w sumie policją się nie nazywa. W Irlandii to Garda Síochána [ˈɡaːrd̪ə ˈʃiːxaːn̪ˠə] tłumacząc - Straż Pokoju, a w skrócie Garda lub w liczbie mnogiej Gardaí. W całej Europie usłyszymy Police w Anglii, Polizei w Niemczech, Policía w Hiszpanii, Polizia we Włoszech. Irlandia musiała się wyłamać (chociaż Węgrzy mają również ciężki przypadek). Policjanci są wyposażeni tylko w pałki i nie noszą broni (szok?). W mieście często można spotkać jej konne oddziały, ale także samochody z dodatkową informacją, że tym pojazdem przemieszcza się uzbrojone wsparcie policji. Zawsze coś. 

18. Grafton Street to jedna z najsłynniejszych ulic w mieście. To tu mieszczą się butiki najsłynniejszych marek a w święta ulica jest wystrojona jak choinka, rozświetlają ją miliony światełek. Nigdy nie jest pusto i cicho. Zwłaszcza, że to stałe miejsce dla ulicznych występów. Śpiewają, grają, tańczą i przedstawiają pantomimy. Między innymi tu swoją karierę zaczynał Damien Rice  & , oczywiście Irlandczyk. 


19. Od kilku lat, wieczorem w wigilię Bożego Narodzenia odbywa się tu bardzo wyjątkowy koncert. Darmowy, choć puszki wypełniają się monetami na fundację pomagającą osobom bezdomnym. Wystąpili między innymi Bono, Glen Hansard, Hozier, The Script, Kodaline, Gavin James. Śpiewają swoje przeboje i świąteczne klasyki a tłum ludzi, który co roku przybywa w to miejsce, śpiewa razem z nimi. 




                                                  ☘ ☘ 



I tym sposobem przechodzimy w te bardziej artystyczne rejony...


20. Brendan Gleeson & Domnhall Gleeson, aktorzy. Ojciec i syn. Ojciec ma na swoim koncie worek pełen filmów, a syn zaczyna mu deptać po piętach. Ostatnio, na czasie, można go zobaczyć w przecudownym (polecam!) familijnym filmie "Peter Rabbit". A teraz niespodzianka, obydwaj występowali w kilku częściach Harrego Pottera! Brendan Gleeson to nikt inny jak Szalonooki Moody, natomiast Domnhall - Bill Wesley. 

Udział Irlandczyków w słynnej na cały świat ekranizacji przygód o Harrym Potterze nie kończy się na tych dwóch panach! 

21. Na grafice poniżej, ta niebieskooka blondynka. Poznajecie? Bo Blanka strzeliła w 10 za pierwszym razem! To Luna Lovegood, yyy... znaczy Evanna Lynch

22. A na samym dole, ta pani, ta na czarnym tle? To Fiona Shaw. Tu Blanka też zgadła bez pudła. To wkurzająca ciotka Petunia. 

Więc ... mamy jeszcze jedną postać. A raczej 2 w 1.

23. Aktorzy. Najpierw Richard Harris a od trzeciej części Michael Gambon. Ci dwaj panowie, wcielili się w postać Albusa Dumbledore'a. Nie widziałam różnicy, 

24. Teraz trio czyli tercet. Michael Fassbender & Lenny Abrahamson & Frank. Irlandzki aktor, irlandzki reżyser i film, kręcony między innymi w Bray, w Irlandii (bardzo dobry!). Lenny Abrahamson, Dublińczyk, choć ... jego dziadek urodził się w Ustrzykach Dolnych i związek z Polską kontynuuje. Nawet go przypieczętował małżeństwem z Polką. Coraz lepiej mówi po polsku. Na jednym z filmów na YT opowiada o najnowszej wówczas produkcji "Frank" i wita się słowami: "dzień dobry, jestem Lennym Abrahamsonem" :) I całe te 2:25 minut mówi, a nawet śpiewa po polsku. Tu KLIK

25. Nad wspomnianym wcześniej jeziorze Guinessa w górach Wicklow, przy stworzonej specjalnie do tego wiosce z pomostem, chatami i charakterystycznymi wikińskimi łodziami, kręcono serial "Vikings". W 2013 roku, przyglądaliśmy się jej z jednego ze wzgórz unoszących się nad jeziorem. 

26. Zostańmy jeszcze przez chwilę w klimacie filmowym. Tym razem klasyka: Braveheart i Szeregowiec Ryan. Ten pierwszy kręcony w miasteczku Trim, z pięknym zamkiem w tle. Zamek można zwiedzać, a miasteczko na każdym kroku przypomina że to tu, ten Mel Gibson postawił swoją nogę. Tu właśnie. Natomiast Szeregowiec, to już nie zamki, a plaża. Plaża Curracloe, w południowo - wschodniej części wyspy. Ponoć wspaniała. Odznaczona błękitną flagą, z wydmami i czystym piaskiem. Tu odbyło się filmowe lądowanie amerykańskiego oddziału aliantów na plaży w Normandii. I tym razem tu to, właśnie tu, swoją nogę postawił Tom Hanks. 
Mojej tam jeszcze nie było, może w tym roku się uda?

27. Teraz bardzo przyjemny i zabawny film, ale ani on wybitny ani ambitny. I z tak bardzo pokręconym scenariuszem, że aż głowa boli od głupot. Oświadczyny po irlandzku. Film z 2010 roku, w tym momencie jeszcze nie myśleliśmy o Irlandii. Oglądałam go wtedy i teraz, całkiem niedawno temu. Przy drugim seansie, kiedy poznamy już trochę zieloną wyspę ... wszystko zaczyna śmieszyć. Samolot lecący z Bostonu do Dublina, zostaje przekierowany do Cardiff (?!), bohaterka w czasie sztormu wypływa  z Cardiff kutrem rybackim (?!) do Cork, ale przez pogodę nie mogą dopłynąć do Cork, więc ... opływają całe południowo - zachodnie wybrzeże Irlandii (serio?! w czasie sztormu?!) i docierają do Dingle (hrabstwo Kerry). Stąd zaczyna się podróż do Dublina przez całą szerokość wyspy. Podróż wiejskimi drogami (sugerując że tu tylko takie, i ciągle te krowy na drodze, a na drodze, owszem, ale prędzej spodziewać się można owiec. No i te przeklęte pociągi co nie kursują w niedziele :D ). Ale to nic, samo Dingle (ta miejscowość istnieje naprawdę), okazuje się Dingle tylko z nazwy. Klifów które widać w końcowej scenie filmu w Dingle po prostu nie ma. Za to przedstawione zostają słynne Wyspy Aran, oddalone o kolejne hrabstwo, wyżej na północ, ale tak wyżej-wyżej. Z bardzo charakterystyczną rzeźbą, którą ciężko pomylić z czym innym. Mieć Irlandię w drugoplanowej roli, ba! tytułowej nawet i tak przedobrzyć... 

28. Liam Neeson, Irlandczyk z tej drugiej, północnej strony. Pamiętacie go na pewno z uwielbianej przez wszystkich komedii "Love Actually" i oczywiście z obydwu części "Uprowadzonej". 

29. Colin Farell ("In Bruges"), Cilian Murphy ("Peaky Blinders","Dunkirk"), Jonathan Rhys Meyers ("The Tudors","Match Point") & Pierce Brosnan (4 Bondy!, "Mamma Mia", "The Ghost Writer"). Tych panów to chyba znają kinomaniacy na całym świecie. 


                                                 ☘ ☘ 

i te muzyczne...

30. Eithne Patricia Ní Bhraonáin. Nie pamiętam kiedy, ale chyba z 25 lat temu usłyszałam o niej  po raz pierwszy. Niedźwiedź w trójce puszczał. "Orinoco Flow", chociaż bardziej znane jako sail away (niektórzy słyszą nawet save the whale), "Carribean blue" (moja ulubiona, najpiękniejsza), "Anywhere is" lub "Only time". Eithne Ní Bhraonáin czytamy tak: ['ɛnʲə ni: vri:əna:nʲ] czyli po prostu Enya. Znacie, co nie?

31. U2 i Bono. Tu sprawa jest prosta bo Bono to Paul David Hewson. Nie trzeba sobie łamać języka.
10 maja 89 roku, rodzi mu się 1 córka. To dokładnie w dzień jego 29 urodzin. 10 lat później w 99 roku, na audiencji u Jana Pawła II wymienia się z Nim suwenirami. Oddaje swoje niebieskie okulary a dostaje w zamian różaniec, który będzie później nosił na szyi. 
Bilety na koncerty U2   w swojej ojczyźnie wyprzedają się w sekundę, co nie zmienia faktu, że sam Bono nie jest lubiany. Irlandczycy zarzucają mu megalomanię i hipokryzję. To, że chętnie wypowiada się o swoim rodzinnym kraju czyniąc siebie samego największą wizytówką Irlandii prawie w ogóle tu nie mieszkając. Za to na nowojorskim koncercie witać fanów słowami "Good to be home". Historii podszytych nienawiścią jest cała masa. 
Powtarzana jest nawet zagadka: Jaka jest różnica pomiędzy Bogiem a Bono? – Bóg nie myśli że jest Bono.

32. Teraz moja miłość. Pamiętam jak dostałam na urodziny jego KASETĘ (!!!) Pamiętam teledysk z "Life is a rollercoaster" . Oglądany chyba gdzieś na MTV lub Vivie, bo o jutubie jeszcze nikt wtedy nie myślał. W tym roku moja miłość do Ronana Keatinga osiągnęła swoją pełnoletność. Dokładnie 18 lat temu wydał swoją pierwszą (właśnie tą, którą dostałam) płytę/kasetę. Pamiętam tą czerwoną okładkę z uśmiechniętą twarzą. Lubię go dalej, bardzo.

33. Zanim Ronan zaczął solową karierę, śpiewał w jednym z dwóch najbardziej popularnych irlandzkich boysbandów lat 90-tych. Chłopcy z Dublina. Boyzone . Ja byłam wierna innemu, choć pamiętam, że i ten przewijał się w Bravo lub Popcornie (:D) na środkowych stronach nawet w formie plakatu. Chodzą słuchy, że w 2018 planują 25 lecie istnienia i trasę koncertową. Tu gorące trzydziestki zamieniają się z powrotem w nastolatki ;)

34. Ten drugi boysband, to Westlife . Jak sama nazwa wskazuje, Ci kolesie to już dziki, dziki zachód Irlandii. Chociaż, piosenki mają raczej na wolne/przytulane w czasie dyskotek ;)

35. Weteran, w tym zestawieniu. Ten od czerwonej sukienki. Chris de Burgh

36. Łysą znają wszyscy, za to ona siebie chyba coraz mniej. Sinéad O'Connor. Jej najbardziej popularny przebój to oczywiście "Nothing compares 2U" , który ukazał się w marcu, 28 lat temu. Na liście przebojów trójki wisiał aż 50 tygodni i był aż 6 razy na 1 miejscu. Taka tam była piękna w tym teledysku! To niestety smutna historia, będącej co chwile w depresji z chorobą dwubiegunową, bardzo dobrej piosenkarki. W 2017 roku zmieniła imię i nazwisko i teraz jest moją imienniczką - Magdą Davitt.

37. No dobra, a co z boysbandem czasów obecnych? Jest, jest i robi karierę. Występowali na największych festiwalach na świecie, a grając koncerty "w domu", śpiewa z nimi cały stadion, o tu , dziękują ze wzruszenia i mówią, że to zaszczyt śpiewać u siebie.  Mowa oczywiście o The Script. Nie wiem czy tylko ja mam takie odczucie, ale czuć taką jakąś wyspiarską melancholię w ich kawałkach. W jednym z ich teledysków wystąpiła córka Bono, Eve Hewson. Właśnie w takim klimacie. 

38. Irlandczyk jest też (był) członkiem mega hiper popularnego boysbandu ostatnich lat, czyli One direction. Niall Horan obecnie tak jak reszta członków zespołu skupia się na solowych karierach .

39. Jest też pewien pan, który dwa lata temu, gdy Michał Szpak reprezentował Polskę na Eurowizji napisał na Twitterze "Fair play to my prettier Polish cousin on the #Eurovision". To oczywiście Hozier, który jest rówieśnikiem Michała i posiadaczem równie długich, falowanych włosów. "Take me to church" zrobiło wielki włam na listy przebojów (ponad 200 milionów odtworzeń) i choć osobiście nie przepadam, nie można mu odebrać tego, że zrobił furorę swoim debiutem. 

40. Na koniec zestawienia Glen Hansard. Tekściarz, muzyk, laureat Oscara w 2008 roku za najlepszą piosenkę do filmu "Once" w którym występował. Film jest piękny, jak nie oglądaliście, to warto nadrobić. W teledysku z urywkami filmu, widać wspomnianą wcześniej ulicę Grafton Street, na której rzeczywiście sam grywał wtedy jak i wiele lat wcześniej .


                                                                                ☘ ☘ 


• Symbol nutki ♫ to link do YouTube.
• Mapy pochodzą z pięknie wydanej książki/encyklopedii:
Irelandopedia, a compendium of maps, facts and knowledge; Fatti and John Burke

Najlepsze naleśniki świata (trata tata)


U kogo piątek należał do naleśników?
Ha! Klasyka...
A czy jest na sali ktoś, kto ich nie lubi? 
Nie ma, ok.
A kto robi naleśniki "na oko"?
No, już więcej.


Ja może na oko nie robiłam, ale zawsze musiałam albo dosypywać mąki albo dolewać wody. Później przepisów szukałam w internecie i tak się ich trzymałam. Raz dolewałam wodę gazowaną zamiast zwykłej, innym razem dodawałam ociupinkę proszku do pieczenia. Tak, są i takie przepisy. W ramach fit - super - zero kalorii, smażymy na suchej, teflonowej patelni. I to, proszę państwa jest największa zbrodnia przeciwko naleśnikom. Naleśniki muszą być smażone na patelni pociągniętej (przed wylaniem każdej chochelki ciasta) odrobiną tłuszczu. A najlepiej masełka - rzecz jasna. Smażą się krótko, z jednej i drugiej strony. Mają ten wspaniały marmurek, takie naleśnikowe rumieńce. 

Przepis na naleśniki ze zdjęcia, pochodzi z książki Trufli (TU jej apetyczny blog a TU (nie)zwyczajne, smakowite kwadraciki na instagramie). Różni się od innych tym, że niczego w nim zmieniać nie trzeba, ani dosypywać ani dolewać. Dodatek mąki owsianej też robi różnicę, bo już w momencie miksowania ciasta pachnie ono inaczej. Później, to już nasza fantazja. Na słodko, czy na słono. Obiadowe z białym serem umieszanym z koglem moglem to klasyk. A na śniadanie lub kolacje to z czym? Te ze zdjęcia, umilały nam niedzielne przedpołudnie. Na słodko. Z konfiturą wiśniową, masłem fistaszkowym i bombą cukru od Bonne Maman, czyli Hazelnut Praline Caramel. 
A Wy z czym wciągacie naleśniki?









Bonus muzyczny po kliknięciu w nutkę bardzo je lubię!

#BeastFromTheEast, czyli dlaczego w Irlandii nie powinno być zimy.

Zima, która niespodziewanie nadciągnęła nad Irlandię narobiła więcej spustoszenia, niż ktokolwiek mógłby się spodziewać. Jestem tylko ciekawa, jak by to wszystko wyglądało, gdyby zamiast trzech dni, trwała cały miesiąc.


Zapowiadany tydzień temu śnieg i kolejny w tym roku sztorm - tym razem o łagodnie brzmiącym imieniu Emma, przyszedł do nas o czasie, nie spóźnił się (spóźniła, bo Emma?) ani o jeden dzień. Przyciągnął ze sobą również śnieg, który jest dosłownie rarytasem na zielonej. Na wyspie ze śniegu cieszą się tylko dzieci lub Ci, którzy nie przeżyli ani jednej zimy w Irlandii. W innym wypadku, na słowo ŚNIEG/ZIMA/SZTORM półki w sklepach pustoszeją, off license są ogołocone z alkoholu, a drogi posypywane są piaskiem z wyprzedzeniem kilkudniowym. I o tyle, ile robienie zapasów to - owszem, świetny pomysł, sypanie piaskiem zdaje się na nic. 

Niestety jak się okazuje, piasek jest jedyną bronią w walce z bestią ze wschodu - jak pięknie nazwano wędrującą zimę nad wyspy brytyjskie. 

Żeby wiedzieć dlaczego zima w Irlandii to paraliż w czystej postaci i powrót do Średniowiecza, trzeba poznać tą zwyczajną. Temperatura nie spada poniżej zera. Więc opcja śnieg jest wyłączona. Bałwany i śnieżki dzieci znają z "Krainy lodu" a na sankach mogłyby zjeżdżać ewentualnie jak Kevin - po schodach z piętra na parter. (W tym momencie pozdrawiam mojego tata, z którym przyszło mi zjeżdżać właśnie po schodach i to wcale nie w domu, tylko w wielkim, zaśnieżonym parku. Do teraz nie wiem czemu akurat schody.)
Święta jak już kiedyś wspominałam rozkręcają się po Halloween, a kończą w pierwszym tygodniu nowego roku. Wtedy wszyscy na hurra wywożą uschnięte lub nie choinki i tym samym witają się z kurczakami i czekoladowymi jajami.

Luty to miesiąc żonkili. Trawniki pokrywają się żółtymi dywanami. Jest obłędnie. To niesamowite, bo w tym samym momencie Wy jesteście przysypani śniegiem, a my zrzucamy czapki i rękawiczki, szukając czegoś lżejszego. Aaa bym zapomniała najważniejszego! 1 luty, to pierwszy dzień wiosny na zielonej wyspie. Nie żartuję. To dzień wspomnienia świętej Brygidy, patronki Irlandii. Brygida była opiekunką prac na roli i rolników. Na ten dzień dzieci uczą się uroczystych piosenek o św. Brygidzie, która przynosi wyczekaną wiosnę, budzi roślinność do życia, zachęca ptaki do wiosennych treli i błogosławi pracującym na roli. W tym roku Blanka rozśpiewywała się o Brygidzie po angielsku i po irlandzku, śpiewała głośno i dużo i... nic to nie dało. 

Zima przełomu 2017/2018 mam wrażenie trwa już jakies sto lat. Zaczęło się głośnym i paraliżującym huraganem w połowie października i od tego momentu zimowe kurtki są w użyciu. To dość niespodziewane, bo raz w miesiącu od tego październikowego (już wiem! Huragan Ophelia się nazywał. Też pięknie, prawda?) uderzenia, mieliśmy jakieś niespodziewane BUM.

I tak np w styczniu, też mniej więcej w połowie, jednego wieczoru spadły 2 cm śniegu, autobusy przestały jeździć, tramwaje miały olbrzymie kłopoty i opóźnienia, to samo pociągi. Sytuacja utrzymywała się przez dwa dni, a to wszystko za sprawą może 3 - 4 godzin ze śniegiem. 
I przysięgam, że nie pamiętam w którą zimę w Irlandii wychodziłam z domu w czapce. Bo tej zimy, mam ją na głowie codziennie. Jest po prostu zimno. Raz na dwa tygodnie jest na termometrze -2 (to znaczy zajebiście zimno). Świeci słońce ale daje tylko złudną nadzieję na cieplejszy dzień.

Krótki luty, byle do marca. Musi być lepiej. Tak myślą chyba wszyscy, no bo jak nie "wiosenny" luty, to marzec już musowo, nie? 
A no nie.

Ostatniego dnia lutego w środę, budzimy się z niedowierzaniem co się dzieje za oknem. Dzieje się dużo, a będzie jeszcze więcej. W nocy zaczął sypać śnieg, na tyle intensywnie, żeby sparaliżować ruch na drogach, zablokować obwodnicę Dublina, która nawet w swojej idealnej formie jest okrzyknięta największym parkingiem miasta z racji wiecznego korku, kolizji, wypadków, uciążliwych cross winds. Wiadomość z pracy, że dzisiaj no way, ale odwołujemy wszystko, zostajemy w domu. Narodowa stacja meteorologiczna ogłasza red alert i to nie na parę godzin, a do piątku do godziny 16.
Wspaniale.

Szkoły i uniwersytety zostają zamknięte, sklepy wysyłają pracowników szybciej do domu, biura w ogóle się nie otwierają. A wszyscy w panice szturmują sklepy i robią zapasy. Zapasy na wszystko. Największą popularnością cieszy się chleb (?!) ale znikają też bekon i alkohol. Później znika wszystko co można zjeść.
Memów o "Survival kit" na irlandzką zimę są nieskończone ilości. Wszyscy na początku się śmieją, ale w momencie gdy śnieg pada coraz mocniej, przestaje nam być wesoło. Irlandia po prostu nie radzi sobie z zimą. Nie ma sprzętu, nie ma wiedzy o tym co robić jeśli już zima przyjdzie, nie ma ludzi do takiej pracy, nie ma nic.
A przepraszam - jest piasek.

Dodatkowym minusem (tragedią?) jest fakt, że domy nie są przystosowane do takich temperatur. Nie chcę myśleć o zamarzających rurach z wodą, a przerwy w dostawie prądu, gdy wszystko w domach pracuje dzięki niemu są jak wizja końca świata. I tak się dzieje. Dzielnice obok nas i trzy miasteczka (o tych nam wiadomo) zostają bez prądu na kilkanaście godzin. Sygnalizacja świetlna nie działa. A na ulicach w związku z ogłoszonym czerwonym alarmem pogodowym nie ma prawie nikogo. Służb do odśnieżania i 'ratowania sytuacji' również. 
No to co się z nami stanie?

A no nic. Bo jeśli sami sobie nie pomożemy, nikt nam nie pomoże. Irlandia w środę zostaje odcięta od reszty świata. Ruch lotniczy zostaje wstrzymany. Promy nie pływają. Innej drogi nie ma.
Teraz w piąty dzień zimy, dubliński port podaje, że z 600 akrów powierzchni lotniska, zgarnięto 400,000 ton śniegu i lodu. No ok, ale co z transportem drogowym? Mam wrażenie, że miasto czeka aż śnieg stopi się sam. W radiu dostajemy informacje, że autobusy jeżdżą na większości głównych ulic, tramwaje rzadziej niż zwykle, ale też tylko jedna nitka prowadząca na południe i to nie do końcowej stacji. Szok. Jest niedziela, śnieg przestał padać w nocy z piątku na sobotę. Od soboty rana, red alert odwołany. Czyli, że ktoś coś w końcu zrobi z tym bajzlem?
A no nie.

Ulica. Dwa pasy w jedną i dwa pasy w drugą stronę. Kierowcy sami ogarniają ruch wahadłowy, bo jedna strona i pół drugiej jest jedną wielką zaspą śniegu. Tak wygląda w czwartek, później w piątek i nawet w sobotę. Nie wiem jak było dzisiaj, bo nosa z domu nie wychyliłyśmy. 
Ulica. Dwa pasy w jedną, pas zieleni (zieleni :D) dwa pasy w drugą stronę. Jedna strona przypomina tor na zawodach dla samochodów terenowych. Góra dół góra dół. Taka sinusoida. Nikt tego nie rusza. Kierowcy rozjeżdżają wspomniany pas zieleni, żeby w ogóle przejechać dalej.

Panie jeżu, czy to się dzieje naprawdę? Mieszkamy w stolicy, w kraju rozwiniętym, w XXI wieku. Kraju, który zmienia się nie do poznania, jest sparaliżowany po trzydniowych opadach śniegu. Przenosimy się do średniowiecza. Rady płynące z tv i radia to pozostać w domu, uważać i najlepsza: nie sugerować się jeżdżącymi po ulicach autami, bo to na pewno Polacy, Czesi lub Słowacy, którzy znają TAKIE zimy i wiedzą jak poruszać się po drogach w TAKICH EKSTREMALNYCH warunkach. Chciałoby się powiedzieć - serio ku***?

O tyle ile w sobotę było 0 stopni, to dzisiaj w niedzielę mamy już 5 stopni na plusie i regularny deszcz. Drogi przy wybrzeżu wyglądają jak po przejściu tornada. Ulice z roztopionym miejscami śniegiem giną pod wodą. Na ulicach kamienie, gałęzie, śmieci. Ktoś coś próbuje zmienić, ale jakby nie bardzo, bo ciągle jest jak było. Czyli tak jakby... XV wiek?

Dzisiaj. Niedziela wieczór, dostaję wiadomość od szefowej, że w poniedziałek biuro zamknięte, bo jest tyyyle śniegu, że nikt sobie z nim nie radzi. NIKT SOBIE NIE RADZI.
Poniedziałek, to szósty dzień w domu, BO MAMY ŚNIEG. Nigdy więcej nie powiem, że chciałabym mieć w zimie śnieg.
Nigdy.

A teraz żeby nie być gołosłownym, nasze STRASZNE śniegi. Pierwszy w życiu bałwan Blanki. Auto w zimowej scenerii i śniegowe chmury. Było zajebiście pięknie, ale takim kosztem, że napiszę tylko ZIMO IĆ. I NIE WRACAJ.