Jeden rejs, dwa fjordy. Aurlandsfjord & Nærøyfjord czyli witajcie w raju + kilka wskazówek o norweskich drogach #Norwegia2020

I tak stoisz i się gapisz. I gapisz. I jest trochę zimno, trochę wieje, ale to wszystko nie ważne, bo tu się dzieje magia proszę państwa. To były 4 wspaniałe godziny. Pośród strzelistych fiordów, wypływających z nich wodospadów i przebijającego się słońca tu i tam. Jak to wszystko może być takie piękne, to ja nie wiem. 




Ale po kolei.

Nie wyobrażałam sobie być w Norwegii i nie zobaczyć fiordów. Te fiordy, to śnią mi się po nocach od czasów gimnazjum. Fiordy, Norwegia, zorza polarna i czerwone domki rozsiane gdzieś pomiędzy. O tym, jak przypadkowo znaleźliśmy się w Norwegii pisałam tu KLIK, ale już zobaczenia fiordów przypadkowi pozostawić nie chciałam. Tak po prawdzie, to była jedna z niewielu atrakcji, które zaplanowaliśmy jeszcze tu, w Irlandii. I jak to bywa w życiu, to, co na obrazku a to co w rzeczywistości to często dwie, różne rzeczy. Bo my sobie możemy wyobrażać te cuda, mieć plan na najpiękniejsze zdjęcia jakie kiedykolwiek zrobimy, w ogóle mieć plan, a jak już to się zaczyna dziać, to szczękę zbieramy z podłogi tak długo, że cały nasz plan trafia szlag. Bo jest tak pięknie, a nikt przecież nie pisał w przewodnikach, że to piękno obezwładni. To ja Wam napiszę, że te fiordy, to na własną odpowiedzialność, bo ich piękno hipnotyzuje i uzależnia i chce się więcej.




Jest jeszcze druga strona medalu. My swoją wyprawę na rejs po fiordach zaczęliśmy z okolic Bergen. Nasz domek wynajęty przez airbnb znajdował się w Misje. To jedna z tych malusich wysepek na zachód od Bergen. Wysepek, które połączone są ze sobą mostami, z których rozciągają się takie widoki, że gdyby nie to, że nie ma jak się tam zatrzymać, miałabym je wszystkie obfotografowane. Stąd widać właśnie setki przepływających łódek, żaglówek, motorówek i całkiem konkretnych statków. Widać jak na dłoni, że większość domów przy wybrzeżu ma swoje pomosty i zacumowany środek transportu, bo tak jest szybciej.

I tu dochodzimy do sedna.

Nikt nam nie powiedział, nigdzie też tego nie wyczytałam, że poruszanie się po drogach w Norwegii, to temat rzeka. Będzie z jednej strony wielka przyjemność, bo niewątpliwie widoki zapierają dech, krajobraz za oknem kompletnie inny od wszystkiego co dotychczas widzieliśmy, ale też trochę męczarnia. Tak, męczarnia. Nigdzie indziej w Europie nie jeździliśmy tak wolno, przez taką ilość tuneli i tak drogo. Tuneli jest milion pięćset sto dziewięćset. Nie przesadzam. A dróg alternatywnych zero. Tu jest skała i dziesiątki wysepek. Jeśli nie ma mostu, jest tunel i na odwrót. Tunele są czasami tak długie, że zaczyna się robić klaustrofobicznie. Przed wjazdem do tunelu mamy tablice informacyjne, jak długi jest i czy będziemy za niego płacić. A płaci się tutaj dużo i często, przy czym fizycznie nie ma bramek do opłat, są natomiast kamery, które skanują rejestracje. Płacić można na kilka sposobów, nam w związku z wypożyczonym autem, kilka dni po powrocie z Norwegii wypożyczalnia pobrała z konta całą kwotę za przejazdy. Dość wygodnie i bez kombinacji.

Droga z Misje do Flåm, z którego zaczynał się nasz rejs to niecałe 200 kilometrów i z obliczeń Google Maps wynikało, że zrobimy ją w 3 godziny. Trzy godziny. Pomijając już to, że po drodze znaleźliśmy kilka widokowych spotów, zatrzymywaliśmy się, żeby rozprostować kości, albo żeby kupić kawę* i bez tego droga na bank trwałaby dłużej, niż trzy godziny. Jak wjeżdżamy w ...dziesty już tunel, zaczyna się dłużyć i gorączkowo zaczynamy szukać alternatywnej drogi, ale jej przecież nie ma.

To wygląda tak - o wow! wyciągam telefon, żeby nagrać te widoki i nie minie 10 sekund a my wjeżdżamy do kolejnego. I tylko ten, kto jeździł tunelami wie, jak bardzo creepy jest otwarte okno w środku ciemnego, huczącego i buczącego od wentylatorów tunelu. Bardzo nieprzyjemnie, bardzo. Nie polecam.

Ostatnia część trasy wiedzie właśnie przez trzeci najdłuższy tunel w Norwegii. Tunel Gudvangen (jego nazwa to też nazwa miasteczka, w którym kończy się nasz rejs) ma 11,4 kilometra długości i już po chwili bardzo chce się z niego wydostać. To jedyna droga na drugą stronę tej olbrzymiej skały, z której jeszcze chwilę wcześniej, podziwialiśmy dziesiątki wypływających wodospadów. Mam to zapisane w relacjach na swoim IG. Serio, coś pięknego. Następnie dwa głębokie wdechy i kolejny, tym razem o połowę krótszy (ale jednak) tunel i jesteśmy na miejscu. 

Flåm. Malutka mieścinka z jednej strony potężna skała, która zacienia część miasteczka, to w niej mieści się ostatni tunel, którym tu docieramy. Z drugiej łagodne, chociaż ciemne jak noc wody Aurlandsfjordu. Dotrzeć tu można tak jak my - samochodem, albo jedną z najsłynniejszych i najpiękniejszych kolei na świecie - Flåmsbana, lub właśnie przypływając katamaranem. 


Katamaran, którym płynęliśmy, to bezemisyjny, całkowicie elektryczny statek. Z zewnętrznymi chodnikami rozmieszczonymi na trzech poziomach, ogromnymi oknami, więc w razie niepogody możemy zostać w środku. Cichuteńki tak, że momentami wydawało się, że stoimy w miejscu. Słychać było jedynie rozbryzgującą się wodę, szumiące wodospady i dźwięk zamykającej się migawki. Vision of the Fjords - tak się nazywa nasz katamaran, kursuje między Flåm a Gudvangen, zaliczając po drodze kilka przystanków i docierając do stacji końcowej po około dwóch godzinach. 






























Pierwsza część rejsu, to Aurlandsfjord, jest to odnoga Sognefjordu, czyli najdłuższego fiordu w Norwegii. Liczy sobie 29 kilometrów długości, a góry go otaczające sięgają do 1400 metrów n.p.m. Gdy docieramy do rozgałęzienia fiordu, takiego jakby "skrzyżowania", wpływamy w Nærøyfjord i tu dzieje się magia. Fiord w swoim najwęższym miejscu ma tylko 250 metrów.














Na stacji końcowej, wystarczy mu dosłownie 25 minut ładowania i rusza w drogę powrotną. To niesamowite i wcale nie takie zaskakujące, że nie tylko norweskie drogi mają swoje elektryczne odpowiedniki. Jest to wspaniałe.

Drogę powrotną z Gudvangen, mogę określić prywatnym rejsem. Garstka ludzi, cały katamaran nasz. Domyślam się, że w "normalnych czasach" i sezonie letnim, musi być tutaj tłok. Trafiło nam się sam na sam z fiordami, oj trafiło! Popołudniowy rejs, to dodatkowo spektakl promieni słonecznych tańczących na zboczach fiordu. Na ostatnią godzinę rejsu rozłożyłam koc i leżałam na brzuchu, na podpartych łokciach i było mi absolutnie cudownie i troszkę smuteczek, że to już był prawie koniec.
To obowiązkowy punkt programu, będąc tu, w Norwegii. Bez dwóch zdań.























* Kawa w Norwegii, to osobny temat. Gdzie byśmy się nie zatrzymali, witały nas termosy z gotową, stojącą już jakiś czas czarną lurą o smaku wody z kałuży. Czasami można było trafić, na samoobsługowy automat, ale to już rzadziej. A kawa z prawdziwego zdarzenia trafiła nam się zaledwie dwa razy. Całe dwa. A szczęście było podwójne, bo dodatkowo z owsianym mlekiem.