☆ Kalendarz Adwentowy 2018 ☆ Świąteczny, ośnieżony las DIY +szablon do wydrukowania

Kiedyś pisałam o irlandzkiej ekscytacji pogodowej. Przed latem ciągle powtarzają, że w tym roku to będzie latooo! A przed zimą, że bankowo na święta będzie śnieg. Rzadko kiedy sprawdzają się te prognozy - a może raczej zachcianki. Jednakowoż ten rok zaczął się przedziwnie, trwał w tym niepodobnym do Irlandii nastroju zmienności pór roku, więc może i zakończy się niespodzianką? Tego sobie życzę, bo na białe święta cieszyłabym się nie mniej niż mała Madzia 20 lat temu.
A może i bardziej.
Raczej bardziej.
I przypomina mi się zima ze śniegiem po pas, łańcuchami na kołach, taką  zadymką śnieżną, że nie było widać gdzie się jedzie. Dzięki temu, do Zakopanego jechaliśmy jakieś 10 godzin (normalnie tą drogę pokonujemy dwa razy szybciej), w całkowitej ciemności, nawet gubiąc się na moment, żeby dotarłszy na miejsce, po kilku godzinach snu (i mocno padającego śniegu) zgubić samochód przed willą w której spaliśmy. Zgubić, bo tyyyle było śniegu, że samochód został kompletnie przysypany. 

O takim śniegu marzę. Takim, który skrzypi pod butami, sypie w twarz grubymi płatkami i zakrywa parapety aż do połowy okien, a przez drugą połowę patrzymy na śliwkowe, nocne niebo, które jest wyjątkowe w takich warunkach. W tym przypadku powinnam chyba rozważyć przeprowadzkę gdzieś do głębokiej Norwegii, Kanady lub na Alaskę. Brzmi to dość ekstremalnie, ale tak właśnie bardzo brakuje mi śniegu. I te ośnieżone drzewa, z których spadają grube czapy białego puchu. 

Góry w zimie są jak sztaluga dla malarza - ale to zabrzmiało patetycznie! haha - ale tak właśnie jest. Te śnieżne płachty nigdzie indziej jak w górach najpiękniej się prezentują. 
Zapewne dlatego gdy myślałam o kalendarzu adwentowym na ten rok, wpadł mi do głowy pomysł na ośnieżony las - chociaż niektórzy widzą w nim też ośnieżone szczyty górskie. Tak czy siak wszystko pasuje.



W tym roku, z małym poślizgiem i wspólnie z Blanką (całe szczęście kalendarz nigdy nie był kojarzony z robotą świętego mikołaja, elfów czy innych skrzatów z bieguna północnego ;) więc podgonić z produkcją kalendarza mogłam na oczach głównej zainteresowanej) skończyłyśmy nasze 24 drzewka/pudełeczka po południu 1 grudnia. 




Nasz kalendarz adwentowy jest zawsze oparty na 'zadaniach' a nie prezentach. Codzienne prezenciki są dla mnie niezrozumiałym pomysłem, bo ostatecznie to właśnie przez te 24 dni czekamy między innymi na rozpakowywanie prezentów pod choinką, więc jaki sens jest karmienie nimi dzieci dzień w dzień? Zdarzy się, że w kalendarzu będzie drobiazg, który będzie wykorzystany właśnie tego dnia, przy naszym świątecznym zadaniu. I na przykład 8 grudnia Blanka wyciągnie nową foremkę do wycinania pierniczków, lub pomarańczę i paczkę goździków, żeby samodzielnie zrobić zimową herbatę. Pomysłów jest milion.
W tym roku oprócz klasyków adwentowych mamy jeszcze kilka nowości, czyli zagadki, rebusy i dla wielkiej wielbicielki rysowania - zadania plastyczne. 






Szablon pudełka w kształcie choinki/góry wycięłam w trzech różnych rozmiarach. Białym markerem domalowałam białe wierzchołki i płatki śniegu. Po wycięciu i sklejeniu, przyczepiłam je do najprostszej ramki na zdjęcia z Ikea (wyciągnęłam szybkę), wszystkie 24 pudełka mniej więcej równo zakryły całą powierzchnię. Do wierzchołka dołączyłam dzień miesiąca, a do środka włożyłam karteczki z zadaniami. Pudełka celowo nie są zamknięte. Zdecydowanie łatwiej wyciąga się z takich liściki, a w ogóle to kto lubi oglądać porozrywany kalendarz? I tu przechodzimy do kolejnego, ważnego (dla mnie w szczególności :) punktu. 

- otóż nie znoszę stołu po obiedzie. Ani po śniadaniu, czy kolacji. Wtedy, kiedy zostają już tylko puste talerze umazane resztkami jedzenia (nie ukrywajmy, nie wszyscy wylizują talerz jak ja), sztućce walające się na tych talerzach i półmiskach (jeszcze gorzej gdy walają się po obrusie), goście sobie pójdą, a ty zostajesz z tym bajzlem i na niego patrzysz. Tak właśnie wyglądam i czuję się ja, gdy dajmy na to 15 grudnia patrzę na opróżniony do połowy kalendarz, w którym została już tylko część, a  jeszcze przed 14 dniami było tak pięknie. Dlatego tym razem postanowiłam nacieszyć oko całością przez 24 dni. Co daje Blance kolejne wyzwanie, bo codziennie musi wyszukać danego dnia.  

Zostało mi tylko dołączyć szablon do wydrukowania i życzyć udanej zabawy (niekoniecznie na ostatnia chwilę ;) ale już chyba raczej na pewno na następny rok. Na następny rok będzie jak znalazł! :D Grudzień zawsze taki klimatyczny, że pewnie minie nam nie wiadomo kiedy - już przecież mamy 4.


I jeszcze piosenka z dzwoneczkami. Coldplay ♪♫ tym razem.
Strasznie, ale strasznie mocno podoba mi się ta scena na której grają. Te ruchome dekoracje i zmieniające się elementy. I myślę sobie, że kiedyś taką zrobię. Dla zabawy, z kilkoma warstwami do przesuwania i kolorowymi bibułkami w tle, podświetlonymi od tyłu. Ehh... ♥

Milion pytań


Kiedyś ktoś mi powiedział, że przedszkolaki zadając pytania potrzebują krótkich, zwięzłych odpowiedzi. W zasadzie na pytanie skąd się biorą jabłka, wystarczy odpowiedzieć że z drzewa. A wczesnoszkolne dzieci pewnie dodałyby jeszcze skąd te drzewa się biorą, żeby jabłka mogły na nich wyrosnąć. A nam trafiło się dziecko, które nigdy nie było zaspokojone odpowiedzią. Nigdy. I co lepsze, to nie była tylko kwestia ilości pytań, ale też ich jakości. I tym sposobem taka powiedzmy 6 letnia Blanka spytała skąd się wzięło na świecie 1 drzewo z jabłkami i dlaczego mają one akurat taki kształt. 
Też chciałabym to wiedzieć. Ale mając 31 lat, ani tym bardziej będąc sześciolatką takie pytania nawet nie przychodziły mi do głowy. 
Dwa dni temu, po spotkaniu z nauczycielem (Blanka, 2 klasa) okazało się, że nawet Pani wychowawczyni wymięka. Jest pod wrażeniem, ale jednak w szoku. Zachwycona Blanki poważnym tonem i oczekiwaniem na poważną, merytoryczną odpowiedź.
Bo Blanka nie lubi ściemy.
Ale czasami robi się tak poważnie, że próbuje Ją rozśmieszyć. A Blanka zafiksowana na konkrety, w ogóle nie łapie tych żartów i dopiero po tłumaczeniu nauczyciela, oddycha z ulgą, ale i tak nie do końca rozumie sens żartowania w akurat tym momencie.
Ilość odpowiedzi, których musieliśmy udzielić jest olbrzymia. Oczywiście gdyby nie przepastne internety, linie papilarne by mi się starły z ilości przewertowanych encyklopedii, słowników, poradników...
I tym sposobem okazało się, że wiedzieliśmy mało.
Albo bardzo mało.
Ale to ile nowych rzeczy uczymy się wspólnie z Nią, jest niesamowite.
Uczymy się już tego 8 lat i jeden miesiąc. 
Albo równe 97 miesięcy.
W zasadzie 2953 dni brzmią najlepiej. Bo codziennie jest coś nowego.


Rejs kamaratanem... yyy... katamaranem na Costa del Sol #Malaga2018

Nie wiem jak to się dzieje, ale czasami niesamowicie ogromna chęć zrobienia lub zobaczenia czegoś, całkowicie przesłania nam jeden podstawowy problem. Chcemy podziwiać widoki z 58 piętra wieżowca, a mamy lęk wysokości. Albo zobaczyć delfiny w oceanie, a właściwie, to się boimy wody i nigdy nie nurkowaliśmy. Wtedy po czasie pukamy się w głowę ale czasami jest już za późno.



Co gorsza, pakujemy się w te wszystkie atrakcje całkowicie zaślepieni, podjarani i na fazie. I tym sposobem w ogrodzie botanicznym wlazłam ażurową drabinką pod samą szklana kopułę szklarni, żeby sobie pobyć w gęstwinie pięknych, egzotycznych roślin. Pisałam ostatnio, że uwielbiam ogrody botaniczne, a szklarnie to w ogóle są najpiękniejsze. Oprócz tego, że jak najszybciej chciałam stamtąd schodzić, nie pamiętam niczego, ani za bardzo nic nie widziałam, bo przymykałam oczy. Podobna sytuacja wydarzyła się na promie, gdzie szukając drogi na górny pokład trzeba było wyjść po schodach zewnętrznych, a ja z trzęsącymi się nogami i zamkniętymi oczami cofałam się już z czwartego schodka. To samo było na diabelskim młynie, który sama wepchnęłam w nasze atrakcje w czasie 1 pobytu w Maladze. Tym razem nie było już możliwości ucieczki, a ja przypomniałam sobie o swojej przypadłości, jak wznieśliśmy się 2 metry nad ziemię. Przed nami było kolejne 68 metrów i tak trzy razy wznosiliśmy się i opadaliśmy, a ja jedyne co chciałam, to rozpłaszczyć się na podłodze wagonika, żeby w ogóle nic nie widzieć.




Tym razem, atrakcje na wysokościach zostały wykluczone z wakacyjnego repertuaru. Miało być bezstresowo, bez płaczu i nerwów, bez zgrzytania zębami i zimnego potu. Aż drugiego dnia, spacerując promenadą zaczepiła nas pani i uśmiechając się radośnie mówiła, że katamaran, że relaks, że godzina, półtorej albo i trzy. A ja sobie myślałam, że chyba jednak słońce musiałoby mnie mocno przygrzać, żeby ta kombinacja słów zaczęła mi do siebie pasować. 



Po niecałych 30 minutach wchodziliśmy na katamaran, ja na lekko ugiętych nogach, ale z taką szczęśliwą Blanką, że nie pamiętam kiedy ją taką widziałam. Blanka mówiła, że ten KAMARATAN jest najlepszy w życiu i woli go zamiast lalki, którą miała sobie kupić 'na pamiątkę' ;)  Chwilę później mi samej zaczęła się cieszyć paszcza, bo okazało się że faktycznie relaks i że szkoda, że tylko przez jedną godzinę. Na chwilę tylko zaświtała mi w głowie myśl, że jest tak pięknie, jak w tych wszystkich filmach katastroficznych na początku. A później albo piraci, albo zmutowane rekiny ludojady, albo w najlepszym wypadku sztorm. Albo góra lodowa. Po wypowiedzeniu przeze mnie tych obaw, Kuba mnie ochrzanił (nie wiem czy sam się wystraszył, czy mu ręce opadły, prawdopodobnie to drugie), że jestem kompletnie nienormalna. 


















Trafiliśmy na prawie pusty katamaran. Z garstką ludzi i na rozciągniętych siatkach między dwoma kadłubami można było się rozłożyć jak się chciało, a z zimnym piwem i pluskającą delikatnie wodą okazało się, że podjęliśmy najlepszą decyzję. I istotnie to był relaks. Nawiązując do ostatniego wpisu o nieustannie śpiewającej Blance, i tym razem była piosenka. A raczej śpiewające wyznanie umiłowania do jej tu i teraz, że "to jest dopiero życie, mamo!". Cudownie było patrzeć na Nią, taką szczęśliwą i zachwyconą. W drodze powrotnej widzieliśmy delfiny, a kilka dni później powtórzyliśmy ten relaks na kolejnym rejsie, tym razem nie godzinnym, a półtoragodzinnym.











Nie było ani piratów, ani sztormu ani rekinów.
Ufff.
Jest za to milion milion zdjęć.