Marzyła nam się Szwajcaria. Marzenie spełniliśmy. Teraz już tylko śni nam się po nocach #Szwajcaria2019

Marzyła się, oj marzyła. Tak żeby pomieszkać i poczuć ten klimat.
Poczuliśmy i jesteśmy ZA-CHWY-CE-NI!

Zgodnie stwierdziliśmy, że udało nam się odpocząć i naładować baterie, robiąc jednocześnie mnóstwo wycieczek i pokonując sporo kilometrów autem. Zastanawialiśmy się dobrą chwilę jak to się stało, że takie wylegiwanie na plaży nie dało nam tyle oddechu i relaksu, co ten wyjazd. Ale dotarło do nas, że to natura, brak dzikich tłumów i dużych miast działa na nas najlepiej.



Było idealnie. Bez pośpiechu, bez telewizora i internetu. Z kawą w termosie i bułą z (wcale nie takim) swojskim szwajcarskim serem. Muczącymi krowami, które z każdym jednym ruchem dzwoniły słynnymi dzwonkami pasterskimi. Niskimi chmurami, które dosłownie tańczyły pomiędzy górskimi szczytami, zasłaniając te idealnie pocztówkowe widoki o zmierzchu, by o poranku odsłonić je na nowo. Brzmi jak bajka? Wszystko się zgadza - było nam tak dobrze, jak w bajce. Wyjechaliśmy w pełni zgodni, że tej bajce musimy zrobić replay. 

Dwa lata temu udało nam się zrobić tour du Lac Leman, zaczynając od Szwajcarskiego Morges, kończąc w Francuskim Thonon-Les-Bains. Tu KLIK wpis do naszej wycieczki. Polecam i sama chętnie wracam do tych wspomnień. 

Tym razem, nasz kierunek to Oberland Berneński. W sąsiedztwie dwóch jezior Brienz i Thun, wspaniałego i słynnego za sprawą samego Sherlocka Holmesa wodospadu Oltschibachfall. Jest też lotnisko szwajcarskich sił powietrznych w Meiringen, którego pas startowy przecinają dwie drogi. Drogi, które zamykane są tylko i wyłącznie w czasie startów i lądowań. Po podniesieniu szlabanu, możemy przespacerować się lub przejechać w tę i z powrotem przez lotnisko. I to w tym miejscu, mamy idealny kadr ze wspomnianym wodospadem. 







                   Ale zacznijmy od początku. Jak ugryźć tą Szwajcarię?

Lot

Ja swoją trasę do Zurychu robiłam z Krakowa, a Kuba z Dublina. Spotkaliśmy się na miejscu, na lotnisku. Bilety bookowaliśmy na początku lutego, wyjazd planowaliśmy na październik. Od początku wiedzieliśmy, że Zurych leży najbliżej naszej bazy, czyli Meiringen. Do Zurychu lata całe mnóstwo lini lotniczych, w tym budżetowy Ryanair. Jak się okazało, nie aż tak budżetowy. Mimo tego, że nie lecieliśmy "w sezonie", bilety kosztowały sporo. Nie ma co się sugerować ceną w wyszukiwarce lini. To goła cena biletu. Do tego należy doliczyć bagaż kabinowy, który możemy oddać do luku bagażowego za dodatkową opłatą lub wykupić pierwszeństwo wejścia na pokład i wtedy targamy go ze sobą do samolotu. Bagaż rejestrowany jest jeszcze droższy, więc jeśli zależy nam na większej ilości rzeczy, nasza bazowa cena się szybko podwaja. Za konkretne miejsce też musimy płacić i taka to tania linia. 
Ostatecznie wybraliśmy szwajcarski Swiss Air. Ja już nie pamiętam czy cena za bilet była taka sama, czy minimalnie droższa, ale okazało się, że za bagaż kabinowy nie trzeba płacić, rejestrowany nie kosztuje milionów, godzina i dni lotów pasują, więc nie będziemy się wkurzać na srajanera. Dodatkowo na pokładzie dostajemy przekąskę (nawet jeśli lot trwa tylko nieco ponad godzinę), a na do widzenia szwajcarską czekoladkę, w odpowiednim ubranku w kolorze szwajcarskich lini lotniczych.  No ładnie, ładnie. 
Nikt się nie przepycha w drodze do samolotu, nie atakuje sprzedażą produktów bezcłowych w czasie lotu, a instrukcja bezpieczeństwa jest wyświetlana na małych monitorach nad głowami. Spokój. Zero nerwów. Przed lądowaniem/po starcie w/z Zurychu, mieliśmy taki widok na Alpy, że och i ach. Polecam Swiss Air bardzo. No i było punktualnie, jak w tym zegarku. Właśnie tym, ze Szwajcarii. 



Auto, winiety i autostrady

Wiedzieliśmy od razu, że auto mieć musimy. Wypożyczaliśmy w Europcar, nie bawiliśmy się w żadne małe wypożyczalnie, w celu uniknięcia wtop. A i takie nam się zdarzały. Auto rezerwowaliśmy w tym samym czasie co samolot, czyli z dużym wyprzedzeniem. Na lotnisku, zamiast Jeepa dostaliśmy Audi. Nie płakaliśmy z tego powodu ;) W ramach spokoju sumienia, wykupiliśmy dodatkowe ubezpieczenie na samochód. Licho nie śpi. Ale i tak polecam obfotografowanie tego co dostajemy z każdej strony. Każde zdjęcie nawet to w telefonie ma datę i godzinę zapisaną w szczegółach zdjęcia. Czasami może się przydać, chociaż lepiej żeby nie ;)

Jeśli podróżujemy po Szwajcarii samochodem i chociażby fragment naszej wycieczki będzie obejmował autostradę (chociaż jest kilka odcinków - bardziej odcineczków- bezpłatnych), musimy wykupić winietę. No nie ma zmiłuj. Musimy. Za to później nie zatrzymują nas żadne bramki, po prostu płyniemy po tych idealnych drogach bez przeszkód. Winieta ma jedną datę ważności i ważna jest od 1 grudnia roku poprzedzającego, do 31 stycznia roku następnego. Czyli jeśli kupimy winietę na walentynkowy wyjazd w lutym 2020, czy np tak jak my na jesienny wypad w październiku 2020, tak czy siak będzie ważna do 31 stycznia 2021 roku. Winieta ma formę naklejki, którą nakleja się na szybę, z symbolem autostrady i aktualnym rokiem kalendarzowym. Winiety można kupić na lotnisku, przejściach granicznych, lub stacjach benzynowych. Liczyliśmy się z tym, że będziemy musieli się w takową zaopatrzyć. Niezmiennie jest to koszt 40 franków szwajcarskich. Jednak większość aut z wypożyczalni jest w nie zaopatrzona i nasze również było.

Wypożyczalnie na lotnisku w Zurychu mieszczą się w terminalu przylotów, tuż przy wyjściu na parking, więc idealnie. Nie trzeba krążyć, a jak się już wyjdzie na parking w poszukiwaniu "swojej" fury... to szczęka opada nam raz za razem. I później jeszcze raz. Szwajcarzy nie bawią się w maliznę. Jest albo na bogato, albo w ogóle. Nasz samochód - chociaż daleko mu było do ekskluzywnych sąsiadów, pachniał fabryką, co było widać po liczniku kilometrów i idealnym wnętrzu. A jak się już wyjechało na ulice...dużo się nie zmieniło w kwestii uwielbienia Szwajcarów do ekskluzywnego życia. Porsche możemy porównać do zwykłego, popularnego golfa. Jest ich dużo. Bardzo dużo. Ale to nic. Lamborghini, Corvetty, Ferrari, Maserati czy bondowe Astony Martiny. Tu jest luksusowo. LU-KSU-SO-WO, że po jakimś czasie aż głupio się dziwić i w zasadzie staje się to przyjemnie nudne ;)






...a to tylko malutka część tego co widzieliśmy.

Internet

Właściwie w tym przypadku są dwie opcje. Wysiadając z samolotu w ogóle nie wyłączacie w telefonie trybu samolotowego i tak jest sobie on w uśpieniu sieciowym cały czas, albo wyłączamy dane sieci komórkowych, rołmingi i srołmingi. A nie, jest jeszcze trzecia opcja - po powrocie bierzecie kredyt na rachunek za telefon. Bo tu, w Szwajcarii, za połączenia, SMS-y i internet każą sobie płacić złotem. Jest grubo. Ale tylko na rachunku, bo portfel jest cieniutki tak, że go nie widać. Po wyłączeniu sieci komórkowych, liczymy tylko na wifi w naszym pokoju, który wynajęliśmy przez airbnb. Ale okazuje się, że wcale go nam aż tak bardzo nie potrzeba. 

Airbnb

W tym samym czasie co loty i samochód, bookowaliśmy nocleg. Początkowo przez booking, pokój w wielkim (i drogim) hotelu, myśląc o tylko dwóch nocach, a później się przeniesiemy gdzie indziej. Ostatecznie kończąc na airbnb, zostając cały pobyt w jednym miejscu, co było idealnym rozwiązaniem, nie tylko ze względu na cenę, która ostatecznie była o wieeele niższa. Pokój, który wynajmowaliśmy, znajdował się na parterze domu jednorodzinnego. Właściciele prowadzili gospodarstwo z własnymi krowami, które pasły się każdego ranka z widokiem na wodospad. Sielsko bardzo. Bardzo przytulnie, ciepło i tak nie hotelowo, co tylko bardziej nas związało z tym miejscem. W nocy było tak ciemno, że jakby ta ciemność miała jakąś konsystencję, w której można by się taplać, byłby to kisiel, gęsty i klejący. Nie widziałam jeszcze czegoś takiego. Spaliśmy tak dobrze, jak nigdzie indziej. Nie przesadzam, tak właśnie było. Namiary na nasz niezwykle zwykły pokój z widokiem tu KLIK. (Patrząc na szwajcarskie ceny za wszystko, zastanawialiśmy się po kiego czorta chce się właścicielom użerać z turystami, jeśli biorą za to grosze, a w pokoju jest idealnie czysto, bez żadnych wtop. No chyba tylko z nudów.

Sklepy i godziny otwarcia

No jeszcze nigdzie nie byłam tak zaskoczona, co tu. Po pierwsze  istnieje coś takiego jak przerwa (na lunch?) w ciągu dnia. Dwugodzinna. Często od 12 do 14. Wielkie dyskonty są raczej otwarte, ale mniejsze sklepy i urzędy zamknięte na trzy spusty. Zamykane są również o przyzwoitej 19 a w niedziele to w ogóle rzadko co jest otwarte. Jednego dnia mieliśmy ogromny problem i jeździliśmy za jedzeniem jak wariaci raz w jedną, raz w drugą stronę, ostatecznie kupując wino i chipsy na stacji benzynowej. A to i tak trafiło nam się jak ślepej kurze ziarno, bo stacje są głównie samoobsługowe. Zakupy radzę robić rano, a już na pewno mieć zapas na niedzielę. I w takim Brienz, najbliżej naszego noclegu, były dwa supermarkety Migros i Coop. Na widok cen wywracało się oczami. Powiedzmy że spodziewaliśmy się tego, ale nie aż tak ;) Jak najbardziej polecam Coop, jest większy wybór i jest taniej. Kiedy tak krążyliśmy w niedziele po Brienz a później oddalonym o trzy tunele i jakieś 20 minut jazdy Interlaken znaleźliśmy jeden, malutki, otwarty sklep. To taki pocket size Coop zlokalizowany przy stacji kolejowej Interlaken. Tłum jaki był w środku był nie do opisania. 99% to Azjaci, którzy albo właśnie przyjechali do albo wyjeżdżają z miasta. Przepychali się i dosłownie wyrywali sobie produkty z rąk. Byłam w szoku i do teraz jestem jak sobie przypomnę. Weszliśmy i wyszliśmy bardzo szybko, bo nam się odechciało.

Najlepszy tip dla podróżujących samochodem, to zaopatrzyć się w  jakieś prowiant kupiony jeszcze u siebie. Serio. Termos i woreczki śniadaniowe do pakowania szamy na wycieczki. Lepiej przeznaczyć te pieniądze na wejściówki do kolejek górskich, lub innych atrakcji. A te, kosztują całkiem sporo. Oczywiście sprawa ma się całkiem inaczej, gdy idziemy na fondue serowe. Za to trzeba zapłacić, choćby nie wiem ile. Trzeba i tyle.

W Interlaken (tu zrobię osobny post, bo miasteczko urocze i zachód słońca jaki tu widzieliśmy był nieziemski!) tak jak i na stacji tak i w centrum. Azja. Bogata, modna, chociaż często dziwna, ale może ja się nie znam. Mnóstwo pieniędzy, mnóstwo. Ilość sklepów z zegarkami, biżuterią i butików z wybiegową modą jest spora. W zasadzie to są całe pasaże, sklep obok sklepu. Wydawało mi się, że jest tego za dużo, ale szybko zmieniłam zdanie. Bogaci turyści wychodzą z pełnymi torbami. Zegarki i biżuteria po kilkanaście tysięcy franków. Sklep obok sklepu. W sklepach, połowa pracowników to Azjaci, ale na banerach reklamowych nie inaczej. Widać kto tu ma pieniądze. Zdaje się, że worki pieniędzy.

Pogoda

W pierwszej połowie października możemy w zasadzie liczyć na wszystko. I też to 'wszystko' zostało nam zaprezentowane. Były porządne ulewy, już pierwszego dnia, co nas trochę wystraszyło. Było też super ciepło jak w lecie ale również był śnieg po kolana i szczypiący w nosy mróz. Pełen zestaw. Dlatego trzeba być przygotowanym na 4 pory roku. My mieliśmy ze sobą base layer do trekkingu i super się sprawdziły. Grzały i odprowadzały ciepło jak powinny.


Long story short - myślę, że Szwajcaria to taki kraj, że raz wystarczy. Wystarczy, żeby się zakochać i chcieć wrócić kolejny i kolejny raz. 


Blanka ma 9 lat!

Gwiazdko moja, bądź dalej taka szczęśliwa, wrażliwa, piękna i mądra jak jesteś teraz. Niech się spełnią wszystkie Twoje marzenia!

Kochamy Cie bardzo, 
mama i tata





PS.
Rok temu, uśmiech był pozbawiony dwóch górnych jedynek, włosy były o połowę krótsze, a sama Solenizantka kilka centymetrów niższa. Można sprawdzić tu KLIK. Albo tu KLIK, w jeszcze mlecznym uzębieniu i z długaśnymi włosami.

Jesienne światło. Ogród botaniczny w Dublinie

Dawno nas tu nie było. W zasadzie wszędzie nas długo nie było. A zieleń tak bardzo uspokaja i łagodzi, że powinnam chyba robić wycieczki raz w tygodniu żeby napatrzeć się na zaś. Szklarnie i te wszystkie liście są najpiękniejszym obiektem do fotografowania. 
Jesienne, miękkie światło, które wpadało przez zaparowane szyby ażurowej konstrukcji rozświetlało ten mój już prawie dziewięcioletni pyszczek. Łapię się za głowę i daję słowo nie wiem jak to się stało. Przecież dosłownie chwilę temu leżałam na porodówce. Wczoraj. A to wczoraj, to 9 lat. Dziewięć!
I te moje, własne, dziewięcioletnie oczy dały mi uśmiech do zdjęcia w najpiękniejszym miejscu w Dublinie. Jesienny ogród botaniczny w Dublinie. Było cudownie.
Październiku, jesteś bardzo zakręcony, więc zaczynamy trochę od końca, bo atrakcji mieliśmy sporo. 



























Malaga 2019. Na wspomnienie i pożegnanie lata.

Jeszcze chwilę temu było lato, a kiedy piszę ten post, mamy w Dublinie 13 stopni i zachmurzone niebo. Czuć jesień w powietrzu. Skończyło się picie mrożonej kawy a z kawiarni zaczyna pachnieć pumpkin spice latte. I w żadnym wypadku nie narzekam. Ja nawet bardzo na tą jesień czekam! I chociaż pierwsze chłody zgotowały dla mnie niezłe przeziębienie i uziemienie w domu na kilka dni, nie mogę się tak powalić na łopatki do końca. Dzisiaj zaległa porcja zdjęć z krótkiego ale gorącego czasu w Maladze. Do wszystkich informacji odnośnie miasta i jego atrakcji odsyłam Was między innymi tu, tu, tu i tu