Wakacje w czasie pandemii. Kierunek Norwegia.

To były nasze najkrócej planowane wakacje ever. Co więcej - nie przeze mnie. Ale od początku.


Jedyną wiadomą, jaką mieliśmy było to, że wszystko może jebnąć w każdej chwili. Kwarantanny, zielone listy, kraje które na niej się pojawiły (albo raczej nie pojawiły), zamknięte granice, odwołane loty i obowiązkowe testy na Covid-19. Najpierw szukanie miejsca, w którym można wykonać taki test, bo okazuje się, że to nie takie hop siup, nawet jeśli to my płacimy a nie państwo. Madera zarezerwowana i opłacona na początku roku, kiedy żyliśmy wolni i każdy miał takie bajlando jakie sobie chciał mieć, poszła się paść w połowie lipca. Odwołali nam loty, a my odwołaliśmy nocleg. Wolnych dwóch tygodni od pracy nikt nie odwołał, bo potrzebne nam były jak nigdy dotąd.

Po ogłoszeniu zielonej listy, Kuba siadł do kompa i po krótkim riserczu, kilku wymienionych zdaniach, chwilowej ekscytacji, ale czy na pewno, czy to się serio uda i czy nas na to stać (dosłownie i w przenośni), kupiliśmy bilety do Norwegii. Opłaciliśmy nocleg (bez możliwości rezygnacji, haha) i odliczaliśmy dni do wylotu będąc w tak zwanym umiarkowanym optymizmie. Bo wszystko to, mogło jebnąć po raz drugi. 

Dwa tygodnie później, a tydzień przed wylotem, lista została zaktualizowana. A dokładnie okrojona o 5 krajów. Norwegia wciąż z zielonym światłem. Od momentu kupienia biletów, sprawdzaliśmy już nie tylko to co się dzieje w Irlandii, ale też sytuację w Norwegii. Wydawało się, że to zielone światło dla turystów z i do Norwegii się utrzyma. Oby tak dalej.

Norwegia wydawała nam się mało atrakcyjnym krajem na typowe, gorące i słoneczne wakacje, co tylko bardziej skłoniło nas do wyjazdu właśnie tam. Mniej turystów, mniej tłumów, czyli idealnie. Jedynym utrudnieniem okazał się lot. O tyle, ile przed pandemią jesteśmy w stanie polecieć do Norwegii bez przesiadki, to teraz już nie ma szans. Ku naszemu zdziwieniu, jak na ogarnianie wakacji na ostatnią chwilę i w rzeczywistości jaką mamy, znajdujemy lot przesiadkowy w spoko cenie, z spoko czasem na przesiadkę i nie tanimi liniami, tylko KLM. Szok. O liniach lotniczych można pisać całe elaboraty. Kto raz przeleciał się z Ryanair, to lecąc innymi liniami lotniczymi, każdą jedną, malutką zmianę na korzyść pasażera, traktować będzie jak coś ekskluzywnego. Tak było i tym razem. A trochę sobie polataliśmy, bo najpierw do Amsterdamu, a później dopiero do Bergen. 



A tu poniżej odbijają się puste miejsca przed bramką. Co nie zdarza się prawie nigdy. 





Pamiętam jak mijał bodajże czwarty miesiąc pandemii, mówiłam, że jak tylko będzie można lecieć na wakacje, to choćbym miała na piechotę zasuwać na lotnisko, to pójdę bez narzekania.

Na piechotę iść nie musiałam, ale autentycznie, już sama wyprawa na lotnisko i pobyt na nim/nich to osobliwe doświadczenie. Tyle lat, ile tu jesteśmy i latamy z Dublina kilka razy do roku, nie widziałam takich pustek. Pustka aż smutno. 


Sznur taksówek, który ciągnie się nieprzerwanie świątek, piątek czy niedziela, nie ważne która godzina, wyparował. Garstka ludzi, oblegany zawsze Starbucks zamknięty. Są za to setki plakatów przypominających, że jednak żyjemy w czasach pandemii, stanowiska do dezynfekcji rąk są WSZĘDZIE. Oklejona i okrojona ilość siedzeń przy bramkach ale też w kawiarniach. Tu się nie da zapomnieć o wirusie. Wszyscy są w maseczkach. Podróżni i pracownicy lotniska. Celnicy przy odprawie celnej odsuwali się nawet od taśm, by trzymać z nami dystans. Dystans. Słowo klucz.  Mam wrażenie, że stało się tak jakoś sterylnie. Jest bardzo czysto. Wszędzie. Mimo tych dziwnych, nowych realiów, bardzo spokojnie i sprawnie. Powtarzane co chwilę komunikaty o obligatoryjnym noszeniu maseczek na terenie lotniska, w czasie boardingu i samego lotu, nie dają zapomnieć ani na chwilę, że świat się zmienił. 

W czasie porannego lotu do Amsterdamu, samolot wypełniony był w 1/3. Mnóstwo przestrzeni, stewardessy w maseczkach, rękawiczkach, bardzo życzliwe i cierpliwe. Mi się zsunęła maseczka z nosa i zostałam poproszona o poprawienie. Także wszystko jest nadzorowane. W czasie lotu dostaliśmy przekąski i napoje. Mnie to zawsze rozczula, bo to taka forma dopieszczenia pasażera, choćby to cukierek był, robi się miło. A jak linie lotnicze potrafią to ubrać w estetyczną formę, to jest i miło i ładnie.

Przesiadka w Amsterdamie. O matko, jakie to lotnisko jest ogromne!

Jest przed 8 rano. Siedzenia i podłoga przy bramkach... no powiedzmy, że nie grzeszyła czystością. Nie chcę wiedzieć, co się dzieje po południu, po całym dniu lotów. Płyny dezynfekujące? No trzeba się było mocno naszukać. O tyle, ile w Irlandii wymaga się 2 metrowego dystansu, w Holandii skracamy go do 1,5 metra. Ale niestety przyszło mi zwrócić uwagę panu za mną, że ten dystans to po coś jest i żeby uprzejmie zszedł mi z pleców. Ale, że serio?
Informacji z głośników przypominających w jakich czasach żyjemy już chyba nikt nie słucha i prawdopodobnie większość ma już dość.






W Dublinie nie widziałam ani jednej osoby bez maseczki, w Amsterdamie w większości też wszyscy w maseczkach. Ale już pasażerowie na lotnisku w Bergen to raz mieli a raz nie mieli.  Jakoś tak bez stresu.

Bergen.



Tu jest generalnie bardzo spokojnie i bardzo mało ludzi. 1 metrowy dystans. Po wylądowaniu mamy możliwość wykonania darmowego testu na Covid-19 (a wirus jest nawet tax free ;) Przy kontroli paszportowej spytano nas skąd lecimy i gdzie spędziliśmy ostatnie 14 dni. I to by było na tyle.




Na żadnym z tych trzech lotnisk nie sprawdzano nam temperatury,  nie skierowano na test, nie było niczego extra.  Jedynie w drodze powrotnej, obowiązkiem było posiadanie wypełnionej deklaracji zdrowia, poświadczającej brak objawów wirusa (ale to co tam zaznaczymy to już nasza sprawa, czy ktoś wali ściemę czy nie. Taka podkładka dla lini lotniczych, bo nikt i tak tego nie sprawdzał). Tego wymagała linia lotnicza. Za to w czasie lotu do Dublina, należało wypełnić kolejną formę, którą rozdawały stewardessy, tzw. "passenger locator form". W tym przypadku, chodzi o ewentualny kontakt z pasażerami, gdy na pokładzie znalazł się mimo wszystko chory. Wówczas - tak się domyślam - kontaktują się z wszystkimi pasażerami i kierują ich na testy. Lub po prostu kontakt z osobami, które wracają z krajów znajdujących się na czerwonej liście i kolejne 14 dni muszą pozostać w kwarantannie.

Podsumowując - nie jest źle. Jest przedziwnie. Samoloty nie były pełne, aczkolwiek nie widziałam jakiegoś systemu, wzoru na zachowanie dystansu w rozmieszczaniu pasażerów na pokładzie. Były rzędy puste i te zapełnione co do jednego miejsca ludźmi nie lecącymi razem. Nie wiem czemu tak. 

Lądowanie w Bergen, było jednym z najpiękniejszych, jakie kiedykolwiek mieliśmy. Nie dość, że pogoda była wspaniała, to krajobraz pod nami był niesamowity. Poszarpane, wybrzeże Norwegii z lotu ptaka, z mostami przerzuconymi między wysepkami, platformy wiertnicze, pływające motorówki i promy. Ręka drżała, szyby były brudne, słońce robiło niezły refleks, ale musiałam mieć to nagrane. I będę sobie odtwarzać jak mi się zatęskni. 




Ale wróćmy do samej Norwegii i pięknego Bergen. I tak sobie myślę, że oni tu żadnego wirusa nie mają. Bo nie ma ani maseczek, ani dystansu społecznego. W porcie w sobotę multum jachtów i motorówek, drineczki, tańce, z każdej łodzi "inna nuta", zabawa i albo ja tu czegoś nie rozumiem, albo jestem ślepa, albo już sama nie wiem. Owszem, baaardzo mało turystów, w sumie to sami lokalsi. W zasadzie wszystkie te typowe, turystyczne spoty powinny być w tym czasie pełne, a nie były.

Przez ten tydzień w Norwegi można było zapomnieć o wirusie. Bez kitu, tak było. I gdyby tak zmrużyć oczy, można sobie było wyobrazić, że może my jednak jesteśmy na Maderze? Grzało tak mocno, było tak gorąco, że tego to się nikt nie spodziewał. Nikt. Ja myślałam, że w prognozie pogody ściemniają. I tym sposobem, kupione na wyprzedaży lniane spodenki, jedyne jakie wzięłam zrobiły mi cały wyjazd. Serio. Nie żartuję. Opalenizna też się zrobiła. Ciężko było uwierzyć, że wakacje spędziliśmy w Norwegii.

I dokładnie do samego przylotu tutaj powtarzałam, że uwierzę w te wakacje, jak już wylądujemy w Bergen. Wylądowaliśmy i kamień spadł mi z serca. Udało się.

A później spadł nam jeszcze dron. Jakoś tak z 30 metrów.


Ale o tym, to już następnym razem.
Dzisiaj taki zdjęciowy przedsmak, takie zdjęcia z telefonu, co robiło się na już.
Poza tym, zdjęć mamy mnóstwo. Tylko jakoś rzeczywistość weszła tak mocno, że nie ma czasu na posiedzenia przy komputerze. Niestety. 




Lista osobista na babie lato 2020

Ten 2020 rok jest jak filmik z dwoma chomikami, które znajdują się na takiej jakby karuzeli. Jeden zapiernicza tymi swoimi małymi łapeczkami po zewnętrznej a drugi zdezorientowany, a może bardziej zrezygnowany, siedzi po środku nieruchomo ale przez tego pierwszego i tak się kręci. I to jest idealne porównanie człowieka i tego popieprzonego roku w którym żyjemy.

Choćbyśmy nic nie robili, to on zapieprza, mam wrażenie, że coraz bardziej. Przecież chwilę temu była Wielkanoc. Wyczekiwana wiosna, koniec lockdownu, powrót do pracy, odwołane loty, aż w końcu nowe, organizowane na ostatnią chwilę wakacje, w miejscu, w którym nikt by się nie spodziewał, że będziemy.

Tych niespodzianek było tyle, że zdarłabym sobie opuszki palców, od stukania w klawiaturę by to wszystko opisać. Mimo to, udało się przez ten czas odkryć, spróbować, posłuchać lub pooglądać rzeczy, które zostaną z nami na dłużej. Ta lista miała się pojawić na półmetku lata. Ale to lato jak ten chomik co po zewnętrznej. Więc nazwijmy ją babie lato, albo może przywitanie jesieni. Mimo wszystko trzymałabym się jeszcze babiego lata. Zostawmy sobie trochę ciepła chociażby w nazwie, ok?



1. Zanim zaczniecie czytać, można włączyć sobie pierwszą polecajkę. Folklore Taylor Swift. Ostatnia płyta, tak cudownie piękna. I muzycznie i tekstowo. Przyznaję, że to miłość od drugiego przesłuchania. I nie tak "przy okazji" tylko słuchana. A później już się śpiewa z Taylor.
Ja nie byłam jej fanką, ale już jestem. Btw polecam dokument na Netflix Miss Americana, o karierze muzycznej Taylor. Warto zobaczyć. 

2. Za Miss Swift wrzucę tu zapach. Bo tak mi idealnie pasuje w tej kolejności. Od trzech lat go kupowałam, ale musiał przyjść rok 2020 i lotnisko w Amsterdamie i obniżona cena. Mało romantycznie, ale prawdziwie. Narciso Rodriguez For Her. Piżmo, bursztyn, bergamotka, wanilia. No to jest obłęd. Bardzo mocne. Idealne.

3. Teraz rzecz którą mam, a chcę jeszcze jedną, bo print, który wyrysowała Agata, to jest coś pięknego. A nosi się je jak najwygodniejsze gacie świata. To oczywiście spodnie Ronja od Miszkomaszko. Nie ukrywam, że coś mi blisko ostatnio do czarnego. Czemu? Nie wiem. Ten kolaż powyżej również o tym świadczy, a jest kompletnym przypadkiem. 

4. No to do kompletu będzie bluza i najwygodniejsze biustonosze, jakie KIEDYKOLWIEK nosiłam. Serio, po 10 godzinach na sobie nie ma tego uczucia "kiedy ja to dziadostwo w końcu z siebie ściągnę" . A to znaczy dużo. Bardzo dużo. Ta sama firma, od jakiegoś czasu jedna z ulubieńszych, aczkolwiek trochę $$$ trzeba na to dać. Ale wyznając zasadę, lepiej mieć mniej ale lepszej jakości robię sobie raz na jakiś czas taki pjezient. Od czasu do czasu robią super promki, wtedy można dorwać coś w przystępniejszej cenie. Les Girls Les Boys. Polecam bardzo. 

5. Jak nakarmić dyktatora. Znaczy się ja Was nie pytam, ale polecam. To kilka niesamowitych historii zza kulis. O ludziach, którzy niechlubnie zapisali się na kartach historii. Niby coś tam wiemy, ale autor podaje nam tutaj takie smaczki, że wow i książkę połyka się na raz. Dostajemy trochę więcej, niż tylko listę ulubionych dań. Bardzo dobra. Bardzo!

6. Teraz buteleczka. Złuszczający Tonik z kwasem glikolowym z The Ordinary. Cóż to jest za rzecz! Tak jak w opisie, tak w rzeczywistości. Pięknie złuszcza, wygładza i robi dobrą robotę w strefie T. Mega wydajny, na pewno zamówię kolejną buteleczkę. 


1. Ja non stop robię zdjęcia. Ich jest całe mnóstwo. Kiedyś, sto lat temu do ich obrabiania używałam filtrów w Instagramie (sic!) później odkryłam apke Vsco, Snapseed, aż dotarłam do moim zdaniem jedynej słusznej, jaką jest wersja mobilna programu Lightroom. Podstawowa wersja (ale tu naprawdę jest całe mnóstwo suwaczków!) jest darmowa, w zupełności wystarczy do obrabiania zdjęć robionych smartfonem. Żeby ułatwić sobie zadanie, a zyskać coś ekstra, możemy korzystać z gotowych presetów, czyli wcześniej zapisanych ustawień, powiedzmy, że 'filtrów'. Te wgrywamy w aplikację i jednym kliknięciem zmieniamy swoje surowe zdjęcie. Oczywiście możemy je jeszcze korygować, dopasowywać do swoich potrzeb. Online znajdziemy i darmowe i płatne presety. Ja mam i swoje własne i te kupione. A jak kupować, to tylko u Kasi z Travelicious Studio. Do presetów dołączony jest poradnik jak je zainstalować, więc dosłownie nic nam więcej nie potrzeba, tylko robić zdjęcia!

Ubiegłoroczny wyjazd do Kopenhagi, to zdjęcia obrabiane limitowanym presetem Gold Gold Baby. Wiosenne zachody słońca, to głównie Oh Honey. Część zdjęć z Norwegii, które pojawią się niedługo tu na blogu, to Let it Glow i wspominany wcześniej Oh Honey. Fajna sprawa, te presety.

2. Torebka. No ja nigdy nie byłąm jakąś wielką fanką torebek, a żeby wywalać na nie kupę kasy, to tym bardziej nie. Ale jak już wspominałam, od jakiegoś czasu kupuje mało, ale lepszej jakości, to mam plan na tą oto tu skórzaną torebusię. W planach było odkładanie na Chylak ($$$ !!!), ale w porę przyszły wieści od dziewczyn z LGS. Pierwszy drop wyprzedał się chyba w 5 minut. Liczę, że na jutrzejszy, drugi drop uda mi się już załapać. Pojemna, zamykana, piękna faktura skóry, na ramię i na skos, bądźmojąplis.

3. Ta rączka z doniczką, to nie moja. Ale mówiąc nieskromnie, chyba mamy tą przysłowiową rękę do roślin. Jak to się mówi po angielsku - green fingers. A jeśli to nie to, to chociaż im tu u nas dobrze. Begonia Maculata, to ten okaz, który dostaliśmy z wymiany za baby pileę. Ona mi się marzyła od dawna. Dostaliśmy sadzonkę (2 listki + pączek). Pączek właśnie się rozwinął i na naszych oczach rozwijają się dwa nowe liście. Albo to starość, albo odwaliło nam kompletnie, bo w tym zielonym szaleństwie siedzimy razem. Ja i Kuba. Mam jeszcze kilka okazów, które widziałabym u siebie na półeczce. I myślę, że prędzej czy później to nastąpi. 

4. Tonizująca i odświeżająca mgiełka do twarzy Mario Badescu, która tak pięknie pachnie, że jak się psika na twarz to na wdechu. Z szałwią i kwiatem pomarańczy. Przy noszeniu maseczki prze kilka godzin dziennie, robi super dobrze i odświeża. Kusi jeszcze ta z ogórkiem i aloesem. Następna w kolejce.

5. To po mgiełce wchodzi rozświetlające serum Hylamide. To obok The Ordinary, jedna z marek firmy Deciem. Serum nawilża, ale przede wszystkim daje efekt lekkiej opalenizny i rozświetla. W życiu bym się nie spodziewała, że przestanę się malować. Przestałam. Od końca marca, do teraz. Więc porządna pielęgnacja + lekki glow, to super sprawa. Dodatkowo, nie pachnie jak wszystkie samoopalacze masłem kakaowym. Jest przyjemnie słodko ale nie dusi. Buteleczka z pipetką, więc wygodnie i oszczędnie się nakłada.

6. Teraz nie buteleczka, a karton. Mleko owsiane. Mleka nie znosiłam nigdy, ewentualnie do kawy, kiedyś do płatków. Sam zapach spalonego mleka - ugh. Za to owsiane, jest tak cudownie kremowe, pachnące, idealne z kawą, bo nie zmienia jej smaku. Oatly, szary karton, Barista edition. Polecam.

7. Teraz serial. Moim zdaniem niedoceniony, mało popularny w Polsce, prawdopodobnie popularny tylko w UK. A to jest złoto. The Durrels. Zdjęcia, klimat, humor, aktorzy (Spiro, aww), fabuła. Ja po pierwszym odcinku zaczęłam googlować chałupy na Korfu i wyobrażać sobie jak tam siedzimy i czilujemy. Matko, jakie to jest cudowne! U nas na Netflix, u Was chyba na HBO Go, albo gdzieś. Ale warto poszukać i mieć tą przyjemność. 

8. Na sam koniec (jesteśmy ciągle w UK) nowy album Jessie Ware. Genialny. Każdy jeden kawałek. Był czas, kiedy na Spotify leciał zapętlony non stop. Bardzo chętnie wybrałabym się na koncert. 

No i tu jeszcze mógłby się pojawić kolejny kolaż i kolejne polecajki, ale zostawmy to sobie może na kiedy indziej. 

Howth po deszczu

I pamiętajcie, żeby nie zrażać się deszczem w Irlandii.
Bo popada 10 minut, a później będzie najpiękniej, jak może być. 
Howth.












Zamaskowane lato 2020

W całej naszej pandemicznej rzeczywistości, mam ten przywilej, że nie muszę korzystać z transportu publicznego. Na samym początku nie mieliśmy za bardzo konkretnych decyzji odnośnie "wirusa w autobusie", ale później, później było już jak na zjeżdżalni.

Oklejone miejsca, na których nie można siedzieć, okazanie kierowcy autobusu listu od pracodawcy, na podstawie którego w ogóle możemy odbyć podróż. Skancelowane połączenia, w ogóle nie pojawiające się pociągi. W międzyczasie lockdown i zakaz poruszania się powyżej 2 i kolejno 5 i 20 kilometrów. Wskazanie do zakrywania twarzy w czasie podróży, niekoniecznie maseczką, ale żeby w ogóle. Następnie poluzowanie restrykcji i możliwość podróżowania po całej Irlandii.

I bum! mamy lipiec, czwarty już miesiąc tej posranej rzeczywistości a rząd decyduje, że to właśnie teraz jest najlepszy moment na wprowadzenie obowiązkowego noszenia maseczek z prawdziwego zdarzenia. W komunikacji miejskiej (pod karą grzywny, 2500 euro), w centrach handlowych i supermarketach, restauracjach i kawiarniach, miejscach gdzie przebywa dużo ludzi i przestrzeganie dystansu społecznego jest trudne. To tyczy się wszystkich - i pracowników i klientów.

Już nie wspomnę o tych wszystkich stanowiskach z płynami dezynfekującymi. Specjalnej osobie, oddelegowanej do pilnowania, by każdy klient zaraz na wejściu ciapnął sobie porządny chlust sanitizera, który częściej niż rzadziej pachnie jak Gin. Jedni się mogą rozochocić, inni mają już serdecznie dość. Duża część płynów do dezynfekcji w Irlandii została wyprodukowana - bo taki mamy klimat - w destylarniach. I tym sposobem sanitizer wali jak Gin z Dingle. Swego czasu, taki mieliśmy w pracy w użyciu. Konsystencja była - jak można się domyślać - bardzo płynna, że serio gdyby tak zrobić blind box jak w Master Chefie, to kto wie, pewnie i Madzia strzelałaby, że to gin. 

Ale do brzegu. Powtarzające się memy, że wprowadzenie obowiązkowego noszenia maseczek TERAZ, to jak zakładanie prezerwatywy na baby shower są serio, dość zabawne. I ciężko się z tym kłócić, bo wy nosiliście maseczki już wcześniej, to samo w Niemczech i innych krajach. My, takiego obowiązku w czasie największego wzrostu zachorowań nie mieliśmy. Jednakowoż, ilość nowych przypadków tu, na wyspie była i jest naprawdę mała. Kompletny lockdown, kwarantanna dla wracających do kraju obowiązująca wszystkich, bardzo późne otwarcie restauracji, pubów, fryzjerów i innych miejsc gdzie gromadzą się ludzie, dały efekty. Mimo, iż decyzje wprowadzane przez rząd jednych śmieszą a drugich wkurzają, to jednak ogromna część społeczeństwa stosuje się do nowych przepisów. Dlatego mimo wszystko, zakładamy teraz maseczki (nawet całkiem małe dzieci) i nadal trzymamy dystans w kolejkach (w zasadzie wszędzie). Oczywiście zdarzają się idioci - jak zawsze, ale osobiście uważam, że jako kraj świetnie radzimy sobie z tym wirusem. 

Tydzień temu (nareszcie!) 100 lat za wszystkimi chyba krajami europejskimi, Irlandia opublikowała w końcu zieloną listę państw, do których będzie można swobodnie* podróżować, a po powrocie z nich nie będzie obowiązkowa kwarantanna. I tak jak na samym początku obiecywano 20 państw na liście i konkretny termin jej podania, tak wszystko zaczęło się rozjeżdżać - i termin i lista i słowa byłego i obecnego premiera. Ostatecznie zielona lista została opublikowana 21 lipca późnym wieczorem. Na liście znajduje się jedynie 15 państw i chociaż nie dziwi mnie fakt że Wielka Brytania i Polska się na niej nie znalazły, to na widok Włoch chciałoby się krzyknąć "o kurwa a to co". Albo Gibraltar należący do Wlk Brytanii, do którego polecimy właśnie z międzylądowaniem albo w UK albo Hiszpanii, które na liście nie są. Ale ok, jest ok. Mamy za to cudownie egzotyczne i iście letnie destynacje, jak  Finlandia, Norwegia, Estonia, Łotwa, Litwa, Słowacja i Grenlandia.

Można się już śmiać.

Na pocieszenie dołożono np Cypr, Maltę i Grecję i jak się można było spodziewać, bilety w te miejsca wyprzedały się na pniu.

Nasze wakacje na Maderze zostały odwołane już nie tylko z braku Portugalii na zielonej liście (tego byliśmy pewni już dużo wcześniej), ale z powodu anulowanego lotu. Ucieszyła nas decyzja lini lotniczych o voucherze który mamy do wykorzystania przez następny rok. Nie musieliśmy się szarpać i wybierać na siłę nowego terminu na przebukowanie lotów. Tym sposobem wakacje na następny rok mamy w połowie opłacone.

I oczywiście wiemy, że życie pisze różne scenariusze, no może nie życie, ale obecna rzeczywistość, to trzymamy kciuki i modlimy się, żeby nowe plany, które zrobiliśmy w ciągu kilku godzin wypaliły. A plany są takie, jakich nikt nie miał w ogóle. A już na pewno nie na ten rok i nie na typowe, słoneczne wakacje. Ale csiii, nic więcej nie powiem. Jak już tam będziemy, to się przywitam z ogromna radością.

Tymczasem, nasze wyspiarskie latko. Na pocieszenie i ku pamięci, że w koronatajm też może być pięknie. 

























* Okazało się, że zielona lista to wcale nie zaproszenie na zagraniczne wakacje. Tak zwane essential journey tylko. Czyli na Grenlandię mogą tylko ci, co naprawdę muszą. Na przykład, jak mają wizytę u lekarza. Albo na Malcie, to też tylko po to, że mus, no co zrobisz jak mus to mus, trza lecieć. Babka cioteczna od strony matki zmarła właśnie na Malcie. Lecimy.
Ja się naprawdę zastanawiam, po kiego czorta było publikować taką listę, jeśli równocześnie z nią jest wskazanie do nie odbywania podróży w ogóle. Że to tylko jak mamy ważny powód. Ale, że serio?