Hey Penny!

 27 stycznia, dołączyła do nas mała, puchata kulka szczęścia. Penny. 


Jest najsłodszym piesiem pod słońcem. Mega przytulaśnym, radosnym i coraz bardziej szalonym. Dla równowagi, sika po kątach i zostawia śmierdzące niespodzianki. Gryzie wszystko co jej stanie na drodze. I chociaż ma tylko 3 miesiące, jak się ją ładnie poprosi, to i usiądzie i poda łapkę. Czasami nawet dwie. Na raz. Spacery na siku, są spacerami tylko i wyłącznie na siku. Każdy krok dalej od domu i zaczynają się dramaty. Piszczy jak opętana, a nauczona które drzwi, to nasze drzwi, zasuwa do domu jakby goniło ją stado wilków. 

Uwielbia inne pieski, nawet te olbrzymie. Wtedy zastyga w bezruchu, kładzie się i czeka żeby ją obwąchały a może nawet i polizały. Ale nie daj Bóg, żeby zaszczekały, wtedy robi w tył zwrot i jest panika. Jestem niemalże pewna, że psu się wydaje, że wszyscy obcy ludzie są i czekają właśnie na nią. Żeby ją głaskać, adorować, robić przeciągłe awww albo look at you

I w tym momencie spacery są dłuższe niż byśmy chcieli. Wszyscy pytają o wiek, imię i czy będzie większa, niż jest teraz. Pisząc wszyscy, mam na myśli wszystkich. Oni się zatrzymują, a Penny leci jak zaczarowana, po kolejne przytulasy i głaski. Trzeba było kupić bulteriera, nikt by się nie ośmielił podejść. Tymczasem zastanawiam się nad tabliczką, którą umocujemy na grzbiecie tego sprzedajnego psa: My name is Penny, I am 3 months old. I won't be much bigger than I am now. Może to by wystarczyło, a my wrócilibyśmy do rozmów na spacerach. 

Ta puchata kulka, to najlepsze, co mogło nam się przytrafić w tych mało radosnych, pandemicznych czasach. 









Złote godziny w Bryggen #Norwegia2020

Jedynym plusem w ostatnim czasie jest fakt, że dni zaczynają się wydłużać. W tym samym czasie, prawie codzienne straszą nas śniegiem i bestią ze wschodu. Jest mroźnie i dmucha od morza groźną zimą. Ostatecznie ani śniegu ani bestii nie widać.

Jesteśmy zawieszeni w czymś pomiędzy jesienią i wiosną, bez słońca za to z kolejnym lockdownem. W skrócie - możemy nic. Pomiędzy pracą i szkołą online, uciekamy nad morze, albo zakopujemy się pod kołderką z termoforem pod pachą. Ja marzę o rozgrzanym piasku w Hiszpanii, później pukam się w łeb, że to tak możliwe, jak wygrana w totka. Ostatecznie marzę o wyprawie na drugą stronę wyspy, co też wydaje się być mało prawdopodobne. W sumie to jedyne o czym marzę, to szczepionka.

Tymczasem latko i ciepełko mamy i póki co będziemy mieć tylko na zdjęciach.


Dzisiaj zdjęcia z portu w Bergen. Tej słynnej soboty, kiedy chyba wszyscy Norwegowie przypłynęli do portu, zacumowali swoje fancy jachty i motorówki, włączyli muzykę i zaczęła się regularna impreza. W środku pandemii. Ale zdaje się, że nikt się tam tym za bardzo nie przejmował. Były drineczki, ogródki przed knajpami pootwierane i zapełnione ludźmi jak w lecie 2019. Przesadziłabym, gdybym napisała, że tłumy na ulicach, bo nie. Ale było dość "normalnie" jak na ten nienormalny czas.


Słońce świeciło, jakby świata miało nie być. Złoto rozlewało się po niebie i kolorowych fasadach budynków w Bryggen. Można było się tak bujać po mieście w nieskończoność. A później zjeść hot - doga z renifera w chyba najsłynniejszej budce z hot - dogami w Bergen. Dla wrażliwców, będzie to osobliwe doświadczenie, patrzeć na cały rząd przeróżnych kiełbasek i zatrzymać wzrok na obrazku świętego Mikołaja z reniferem. I co wtedy? Jesz czy nie jesz? Blanka była szczerze rozdarta, przekonana, że jeśli zje reniferową kiełbaskę, Mikołaj na bank nie zostawi żadnego prezentu pod choinką. 

Dlatego dzisiaj złote Bryggen. Że jak się patrzy, to robi się cieplutko. Jak z termoforem grzejącym stopy. 




























































ja chce jeszcze raz.